Pani Matka,  Pogadajmy o życiu

Wszystko jest kwestią organizacji, czyli gdzie jesteśmy gdy nas nie ma

Cześć!

Nigdy się jakoś nie witam w postach, ale po takiej nieobecności czuję potrzebę jakiegoś zwrotu grzecznościowego. No więc, cześć!

Być może ten wpis jeszcze długo by nie powstał, ale poczułam taką moc i taką potrzebę zorganizowania się jednak i napisania go, gdy przeczytałam po raz kolejny na fejsbuku jedno zdanie. Jedno zdanie, które jest największym bullshitem macierzyństwa. I jedno zdanie, które wytrąca mnie z równowagi bardziej niż wszystkie inne. Wszystko jest kwestią organizacji. I pewnie przeszłabym obok tego zdania obojętnie, uznając że to kolejne couchingujące bzdury. Ale to matka matce. I to mnie doprowadza do szału. Już Wam jakiś czas temu pisałam, że uwierzyłam w macierzyńskie dwa bieguny. Że z dzieckiem można wszystko, albo z dzieckiem nie można nic. I Wy same, drogie matki, pisałyście mi, że to bujda i że cały świat jest gdzieś po środku. I ja się z tym zgadzam. Zgadzam się dziś, po ponad 14 miesiącach macierzyństwa. Ok, zgadzam się z tym od kilku dobrych miesięcy. Ale na początku miałam głowę pełną tych haseł, że można wszystko i tylko zorganizować się trzeba i miałam ogromny żal, że coś tu się nie zgadza.

Kobieta kobiecie, matka matce

Matka trójki dzieci wrzuca post na grupę. Że nie wie, czy ma prawo tak się czuć, bo fajnie, jej mąż dostał super pracę, będzie dużo zarabiał, ona może spokojnie zostać w domu z dziećmi, czego chciała. Ale on będzie ciągle w podróżach, będzie się rozwijał i ona się jednak martwi, że tak sama, w tym domu, z dziećmi, że trochę zazdrość i takie tam. I nagle jedna taka zorganizowana pisze jej, że przecież to wszytko jest kwestią organizacji. Że ona dzieci też ma, pracować nie pracuje, ale spokojnie ma czas na kawkę z koleżankami i na siłkę codziennie też czas ma skoczyć. Luzik, niech się tylko Pani zorganizuje i nie ma problemu.

No luz, przecież to nic takiego powiedzieć tak matce trójki, co całymi dniami sama. Tym bardziej to nic powiedzieć tak matce jednego, co ma faceta wracającego co wieczór/po południe do domu. Pikuś to mały tak powiedzieć, jeśli samemu ma się sprzyjające okoliczności przyrody, żeby zorganizowaną być. Bo tak moi drodzy, takie jest moje zdanie – można być mistrzynią organizacji, mieć najlepszy plan na świecie i nie ogarniać. Bo nie żyjemy w próżni, a już szczególnie nie żyjemy w próżni będąc rodzicami.

I nie, dziś nie pomarudzę jak to dziecko jest (ok, nie jest, tylko może być, bo przecież są takie, co jedzą tylko i śpią) nieprzewidywalne i że to nie zawsze prawda, że z dzieckiem można wszystko. Dziś opowiem Wam, jak nam minął ostatni miesiąc. Miesiąc, który zanim jeszcze się zaczął, wydawał się być całkiem sensownie zaplanowany. Braliśmy pod uwagę, że coś może pójść inaczej, ale nic z tego, co przewidywaliśmy jako komplikacje się nie wydarzyło. Wydarzyło się za to nieprzewidywalne. Ot, życie.

Akcja organizacja – ćwiczenia praktyczne

W połowie lutego wróciliśmy z naszych wakacji w Maroku. Zegar zaczął tykać. Z początkiem marca miał nastąpić wielki dzień – mój powrót do pracy. A to oznaczało przeorganizowanie wszystkiego. Przede wszystkim posłanie panny I. do placówki. Dodam, panny I., która chodzi za matką krok w krok i asystuje nawet w toalecie, czemu nie ma się co dziwić, znane są przecież wypadki na świecie, kiedy to matka została wessana przez toaletę i nigdy nie wróciła. Tu podejrzewamy więc największą komplikację – adaptacja. Znajdujemy jednak żłobek. Prywatny, a jakże (żeby nie było, do publicznego też startujemy, przed nami na liście rezerwowej jest już tylko 108 dzieci). Żłobek, który znajduje się w idealnym miejscu na trasie dom-praca. Żłobek miły i elastyczny, co bez problemu godzi się, żeby Młoda wdrażała się stopniowo. Żeby po adaptacji, przez marzec cały chodziła na 4 godziny. Ha, mistrzowie organizacji. Mamy plan i wszystko się w nim zgadza.

Placówka dla nieletniej

Decyzja podjęta, papiery podpisane, panna I. idzie do żłobka. Tydzień przed moim powrotem do pracy, co by się łagodnie wdrażać. Dwa dni przed rozpoczęciem panna I. wstaje z gorączką (po raz pierwszy w życiu!), a następnie dostaje rozstroju żołądka (if u know what I mean). Kilka dni później dzieli się przypadłością ze swoją rodzicielką. Adaptacja zamiast w poniedziałek, rozpoczyna się w czwartek. Idzie gładko, ale ja od kolejnego muszę iść do pracy, a panna I. wciąż jeszcze ma się adaptować. Na szczęście pan Y. rzuca wszystko i przejmuje akcję adaptację. Nadal idzie gładko i już po chwili Młoda wpada w rytm swojego “pół etatu”. Żłobek jeszcze tylko daje nam drobną radę – dzieci łagodniej się adaptują, gdy mają jedzenie, które znają, więc może zamiast kateringu na początek przynosić jej jedzenie z domu. Done! Gdyby tylko I. nie zaglądała z ciekawością w cudze talerze. Ale zagląda. Gotuję więc po naszemu, ale zgodnie ze żłobkowym menu, co by wyglądało tak samo. I choć w duszy cieszę z tego kateringu, co ma zróżnicowane jedzenie i różne fifa rafa, jednak robienie tego fifa rafa to już minimum godzina z życia dziennie (częściej dwie). Codziennie. Jeśli więc chcecie wiedzieć, co robiłam zamiast pisać posty, to ja drodzy państwo kulałam klopsiki w sosie tikka masala i przygotowywałam owsiankę na siedemnaście sposobów. Być może niesłusznie z resztą wszystko to robiłam, bo gdy po dwóch tygodniach zbuntowałam się i porzuciłam gary, okazało się, że moje dziecko zjada jedzenie żłobkowe równie chętnie, co każde inne.

Praca na 4+

Tak się wszystko poukładało, że i mój powrót do pracy miał się toczyć w rytmie slow. Marzec w systemie na pół gwizdka. Wróć! Na pół etatu. Cztery godzinki miną raz dwa, nawet człowiek się nie zdąży zmęczyć. Może i tak by było, gdyby nie to, że w dniu mojego powrotu nowy projekt już na mnie czekał i tupał nóżkami, gdzie ja się podziewam. I ja nawet miałam mocne postanowienie, że te 4 godziny i fajrant, wszak nie jestem lekarzem bez granic. I przez chwilę się to nawet udawało. Nie, nie samo, dzięki ludziom dobrym. Moim najlepszym M. i D., którym nieustannie chylę czoła, gdyż przejmowały bez mrugnięcia okiem wszystko, co musiało się wydarzyć po moim już wyjściu. Po dwóch tygodniach już wiedziałam, że nawet i z tą cudowną pomocą 4 nigdy nie będzie na prawdę 4. A że zawód mam jaki mam (sama go sobie wybrałam i generalnie nie narzekam) i często na jakimś etapie projektu tak to wygląda, że ciśniesz, kiedy się tylko da, to tak właśnie cisnąć próbowałam wieczorami (jeśli panna I. była łaskawa), a także wczesnymi rankami, przychodząc do pracy coraz wcześniej i wcześniej. I powiem Wam, że nawet nie jest tak najgorzej zaczynać pracę o 6:30. W sumie to się nawet cieszyłam, że już za moment wracam do pracy na pełen etat.

Odpocznijmy, połóżmy się, zapomnijmy

I kiedy już marzec dobiegał końca, a my zmęczeni, ale z coraz większym poczuciem ogarniania świata postanowiliśmy się zrelaksować przez weekend w Pradze, spadła na nas lawina. Najpierw w piątkowy poranek dostałam telefon ze żłobka, żeby odebrać dziecko z gilem. Następnie praca przekazała niekorzystne wieści i już mi się wszystkiego odechciało, a zwłaszcza wyjazdu. Wtedy to wkroczył on, mój bohater, pan Y. Po pierwsze zdementował pogłoski o wielkich gilach i strasznych chorobach. Po drugie zarządził wyparcie na weekend wszelkich problemów. Całkiem nieźle nam się to udawało (zasługi przypisuję dużym ilościom smażonego sera), aż do niedzielnego poranka. Wtedy to, kiedy już prawie czułam pełen relaks, przyszły plotki, które szybko okazały się prawdą. Od poniedziałku (tak, tego następującego po niedzieli) żłobek nieczynny. Najpierw problemy miały być przejściowe i tylko przez tydzień trzeba było zapewnić opiekę bobaskom. Potem na zmianę słyszeliśmy, ze żłobek otworzy się, nie otworzy, szukają nowego lokalu, już prawie mają nowy lokal, otworzy się, nie otworzy, blablabla. W międzyczasie my próbowaliśmy znaleźć nową placówkę dla nieletniej – na już – i ogarniać pracę z domu.

Ja, nienawidząca dzwonić, wykonałam dziesiątki telefonów. Nie mamy miejsc. Możemy Panią wpisać na listę rezerwową. Może od czerwca. Może od lipca. Tym samym wylądowaliśmy w żłobku, który wydaje się być ok (sorry, ale teraz to ja już niczego nie pochwalę przed zachodem słońca). Lokalizacyjnie jednak to nam średnio pasuje i już nie jesteśmy mistrzami organizacji. No i od nowa przygoda z adaptacją. I tu znów wkroczył on, mój bohater. Przywozi, zawozi, ubiera, przebiera, karmi, usypia, bawi się, a po tym wszystkim idzie do pracy. I całe szczęście w tym jednak nieszczęściu, że tak elastycznie może pracować i jakoś udaje się to zgrać.

I już, już łapaliśmy oddech. Że oto od jutra wszyscy udamy się w tym samym czasie, na te same 8 godzin do swoich placówek, a potem zjemy obiad wspólnie i razem pójdziemy na popołudniowy spacer. Już, już czułam, że zaraz znów będziemy mistrzami organizacji, gdy oto dziś Młoda wstała z gilem i okiem, co nie chce się otworzyć. No nic, może za tydzień się uda.

Gdzie popełniłam błąd?

Bo gdzieś na pewno. Dziecko mam tylko jedno. Męża jednego, co potrafi i dziecko ogarnąć i obiad ugotować i chatę sprzątnąć i do roboty pójść i w międzyczasie jeszcze zostać vlogerem. A ja jakoś wciąż nie ogarniam. Ani pół posta przez ostatni miesiąc, a umówmy się, wszystko jest kwestią organizacji. Mogłam przecież spać mniej na przykład, 6 godzin (ok, no 5) to przecież przesada. Mogłam szybciej gotować, na pewno są przepisy na obiad w 5 minut (dwudaniowy i zbilansowany, a co, o zdrowie trzeba dbać). Zarabiać bym mogła więcej i zatrudnić nianię, panią do sprzątania i może nawet asystentkę. Posty mogłabym przecież pisać w tramwaju, w drodze do pracy, w końcu w tym porannym ścisku nawet poręczy nie trzeba się trzymać, bo nie ma gdzie upaść. Mogłabym też przewidzieć to wszystko wcześniej i może rzeczywiście choroby nie do końca są przewidywalne, ale dziecko to zdecydowanie mogłam wychować tak, żeby po całym dniu poza domem samo grzecznie się bawiło, a mama napije się kawki i napiszę coś na bloga. No zdecydowanie mogłam się lepiej zorganizować. Tylko jakoś nie obiecam Wam poprawy. Ot, życie.

5 komentarzy

  • Dorota Strzelecka

    Hasło że to kwestia organizacji można włożyć między bajki. Owszem organizować sie trzeba, organizacja raz zadziała ale czasem po prostu NIE ZADZAIAŁA. A jeśli jest dziecko którego ciężar wychowania spada na kobietę to już w ogóle. To pasmo nieprzewidywalnych sytuacji, które u każdego są inne a najtrudniejszą jest chyba pasmo chorób dziecka przez które nie może regularnie chodzić do żłobka. My w pierwszym półroczu to wszystko zaliczyliśmy i wszystkie plany wdrożone są w życie z opóźnieniem. Deadline kompletnie się nie sprawdzają. Zatem jeśli ty potrafisz się super zorganizować nie jest żadnym dowodem na to że inna też może i że ma tylko wymówki. Bo wasza sytuacja jest inna, więc czemu oczekiwać jednego wspólnego sposobu na organizację?

    • mrs_barhoun

      Zgadzam się z Tobą absolutnie! A już dziecko w żłobku to najbardziej nieprzewidywalne co się może zdarzyć 😉 Pozdrawiamy ze zwolnienia lekarskiego, znów 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *