Pogadajmy o życiu

Wszyscy jesteśmy uzależnieni

I nawet niech nikt nie próbuje mi tu wmawiać, że swobodnie i bez problemu rozstałby się ze swoim smartfonem i internetem na dłużej. Że korzysta, bo chce, a wcale nie dlatego, że musi. I że w każdej chwili może przestać. Jeśli masz więcej niż 10 (?) lat i mniej niż 70, to Ci nie uwierzę. Jeśli tylko masz smartfona, to więcej niż pewne, że on ma Ciebie.

O co to całe halo?

Czy Wy też zauważyliście, że coraz więcej osób deklaruje, że robi sobie detoks i ogranicza korzystanie z urządzeń mobilnych. Ba, same social media nas trochę do tego zachęcają. Odkąd na fejsie, czy insta można podejrzeć, ile czasu spędza się tam dziennie, człowiek łapie się za głowę i ustawia przypomnienia, żeby swoich limitów nie przekraczać. Bo przecież ja tylko przy śniadaniu skrolowałem, a tu bach, dwie godziny. Trochę tak wyszło, że wraz z tymi statystykami ludzie odkryli, że telefony przyrosły im do ręki. Póki mówisz sobie, że przecież tylko chwileczkę, no to luz. Jak widzisz liczby czarno na białym, to zaczynasz siwieć. Trochę osiwiałam i ja, ale o tym za chwilę.

No i nie oszukujmy się też, że nam to skrolowanie i klikanie nie kradnie życia. Że już się rzadziej na kawę spotykamy, skoro można pogadać na messengerze. Że tu się niby z dzieckiem bawimy, a tu klikamy serduszka ładnym zdjęciom. Tu gdzieś po głowie co chwilę kołacze się myśl, co by tu i tam wrzucić. Tracimy uważność, tracimy kontakt z rzeczywistością, tracimy trochę też siebie.

Też tam byłam

Pamiętam wciąż czasy, gdy człowiek nie miał w domu komputera. Potem miał komputer, stacjonarny, a jakże. Bez internetu oczywiście. Potem internet był, ale mocno limitowany. Podobna droga była ze smartfonami. Przecież to ledwie kilka lat wstecz było, gdy człowiek miał telefon, żeby dzwonić. Pamiętam jak by to było wczoraj, jak w 2008 (a może 2009) zakupiłam sobie za ciężko odłożone 200zł z groszami rozsuwaną Nokię. Szczyt marzeń. Ledwo dekada upłynęła od tego dnia. I wzruszam się, bo ten telefon wciąż mam w domu i jest najlepszym ratunkiem, kiedy nasze hiper super smartfony przestają działać, ot tak. I żeby nie było, tą sprytną Nokią można i zdjęcie zrobić i z internetem się połączyć, choć jakość pozostawia wiele (doprawdy, wiele) do życzenia.

Wychodzi więc na to, że coś, bez czego nie potrafię żyć, to kwestia nie dłuższa niż 5 lat. A tu bach i już człowiek jest po drugiej stronie. I owszem, odkąd mam smartfona z dostępem do internetu to trochę był moją drugą ręką. Ale od kiedy jestem na tak zwanym “urlopie macierzyńskim” to często bywa ręką pierwszą. Łącznikiem ze światem. Oknem na zewnętrze. Poczuciem oddechu i ucieczką od prozy życia. I powiem to głośno (ups, chyba jednak napiszę), że gdyby nie telefon z dostępem do neta, to bym zapewne po pierwszych miesiącach macierzyństwa wylądowała w szpitalu, leczyć głowę.

Prawda jest taka, że jednak w pewnym momencie człowiek czuje, że trochę za mocno i często korzysta. Ale jakby tak znaleźć ku temu dobry powód… No to założyłam bloga. A jako rasowa blogerka, ja muszę być cały czas podłączona do sieci. No bo wiadomo, jak ktoś skomentuje, albo nie daj boże wiadomość wyśle, a ja nie odpiszę natychmiast, to świat się zawali. Tysiące czytelników czekają bowiem niecierpliwie na moje odpowiedzi. No i umówmy się, na bieżąco być muszę, co w świecie. Instaświecie. Fejsświecie. Groświecie. Ups, wydało się.

Mocne postanowienie poprawy

Trafiłam na tę magiczną opcję, która pokazuje, ile człowiek czasu siedzi na insta. I już nie było wymówek, że ja tylko minutkę. No, nie. Zawzięłam się, ustawiłam limity. Pierwszego dnia komunikat o przekroczeniu czasu wyskoczył gdzieś w południe. Kolejnego szybko skrolowałam i wyłączałam, żeby tylko zaoszczędzić trochę na później. I co z tego, że się odłączyłam, skoro ciągle myślałam, jak by to sprytniej, żeby jednak coś tam kliknąć, a czas nie płynął. Byłam na głodzie.

Byłam jednak twarda. Komunikat o limicie mijał, insta wyłączone. Tylko co by tu teraz? Och, to może jakąś grę zainstaluję? No niech mnie ktoś walnie w głowę, skąd dorosłym ludziom przychodzą do głowy takie pomysły? Chyba tydzień tak trwałam w swoim durnym postanowieniu i jak przekroczyłam limit, to grałam w durną grę.

Zapytacie teraz, czyś Ty głupia nie miała innych rozrywek? Książkę poczytać, no niechby i coś obejrzeć. Z dzieckiem się pobawić, obiad ugotować. Tylko, że ja to wszystko inne robiłam. Kiedy indziej.

Nie lubię głodówek

Detoksy mi nie służą. Całkowite odcinanie się od używek (ok, nie wszystkich) nie robi mi dobrze na głowę. Te małe ograniczenia doprowadziły mnie jednak do kilku wniosków.

Nie liczy się ilość, tylko jakość

No teraz to żeś Anka Amerykę odkryła! Ale mi tu wcale chodzi o to, żeby korzystać krótko, a użytecznie. No, może trochę. Przesada nie jest wskazana przy żadnych czynnościach. Ale skoro mam zupełnie wolną, dajmy na to, godzinę i mogę ją wykorzystać jak chce, to czemuż bym nie miała skrolować insta. Mogę sobie ustawić limit 15 minut dziennie, a potem grać w głupią grę albo patrzeć w sufit. Mogłabym robić też coś zupełnie innego, ale akurat potrzebuję odmóżdżenia. Codziennie mam taki moment w ciągu dnia (zazwyczaj, gdy moje dziecko słodko do mnie przyklejone padnie na drzemkę), że potrzebuję robić coś, co resetuje mi głowę. I jasne, można mi wytknąć, że marnuję godzinę lub dwie, ale co z tego? To jest coś, co lubię. Co sprawia mi przyjemność. Moje małe guilty pleasure. Nie biczujcie się, że Wasze guilty pleasure trwa godzinę lub dwie. Macie do tego prawo, nawet gdy wszyscy wokół mówią, że produktywność przede wszystkim.

Drobne zmiany

Gdybym jednak powiedziała, że zostawiłam wszystko dokładnie tak, jak było, to skłamałabym. Bo owszem, są rzeczy które może nie najlepsze, ale wybieram je świadomie. Ale okazuje się, że wiele rzeczy robiłam nie do końca w świadomości.

Sprawdzaliście kiedyś, ile powiadomień dziennie przychodzi Wam na telefon? Potraficie się powstrzymać, żeby od razu do nich nie zajrzeć? No właśnie. Oświeciło mnie, że to jest coś, co robię, a wcale nie chcę. Jak tylko usłyszę odgłos wiadomości, a telefon nie leży w zasięgu ręki, czuję jakiś taki niepokój, czy aby nic ważnego, czy czegoś nie przegapię. A gówno prawda! Cóż za ważne powiadomienie może przyjść na fejsie, które nie poczeka pół godziny? Zaczęłam więc od porządków na telefonie. Wszystkie niepotrzebne aplikacje out, większość powiadomień off. I tak już z miesiąc trwam i żyję. Nic ważnego mnie nie ominęło.

Ach i jeszcze jedna ważna zmiana. Wyłączanie internetu w telefonie na noc. Bo może normalny człowiek nie sprawdza o drugiej w nocy, co tam w świecie. Ale taka matka karmiąca, co chce sprawdzić, która godzina. O, powiadomienie. O, nowa wiadomość. No tylko minutkę rzucę okiem. Druga w nocy! Czwarta w nocy! A potem się dziwić, że nie można spać.

I co ja robię tu? uuuuuuu

I po co ja to robię? Na koniec wniosek może taki, od którego w sumie chyba powinnam zacząć. Bo ja sobie uczyniłam nieco rachunek sumienia, ale i jak można wnioskować po procesie dochodzenia do wniosków, uczyniłam go na końcu. Bo mogę biadolić, że tyle czasu tu i tam. Tylko jak się człowiek zastanowi co dokładnie tam robi i czy ma w tym jakiś cel, to może się okazać, że to wszystko nie jest takie złe. Że może spędziłam godzinę wczoraj na fejsie, ale odpowiedziałam dziewczynie na setkę wątpliwości, jak pozałatwiać jakieś dokumenty. Może dwie godziny na insta, ale dowiedziałam się trzech praktycznych rzeczy, które ułatwią mi życie. Może po prostu rozmawiałam z kimś sympatycznym, a może oczyszczałam głowę. Warto się zastanowić, czy to tylko ucieczka od rzeczywistości, zabijacz czasu, czy jest w tym jakaś głębsza myśl.

Na przekór

Podziwiam wszystkich, którzy wybierają życie bardziej świadome. Wylogowują się i ograniczają życie w sieci. Ale myślę też, że nie ma się co samobiczować, jeśli Ty tego nie czujesz. Ja nie czuję. Nie chcę być 24 godziny na dobę online. Wyłączam internet na noc i gdy wychodzę z domu. Ale nie chcę też nie być online wcale. To jest moja rzeczywistość, to jest kawałek świata, w którym żyję i nie zamierzam się z tym boksować. I umówmy się, gdyby nie te całe internet, to mój związek na odległość raczej by nie przetrwał. Ale o tym innym razem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *