Związek (z)mieszany

Tak samo, tylko odwrotnie – czyli jak to jest być w związku z cudzoziemcem

Jak to jest być  w związku z cudzoziemcem? Kiedyś słyszałam to pytanie kilka razy w tygodniu. Teraz już zdecydowanie rzadziej, bo jakoś tak się wydaje, że jak mieszkamy w jednym kraju, to jakby związek już ze swoim. I prawda jest taka, że bardzo długo nie potrafiłam na to pytanie odpowiedzieć. No bo jak to jest? Zwyczajnie. Normalnie. Jak w każdym innym związku. Tak samo się razem śmiejemy i tak samo kłócimy, jak wszystkie inne pary. Trochę mi zajęło zobaczenie, że często (a może tylko czasami?) trochę od tych standardowych par się różnimy. Że czasem się nie pokłócimy, bo nie chce nam się szukać odpowiednich słów po angielsku. Czasem się nie rozśmieszymy, bo brakuje nam kontekstu kulturowego. Zazwyczaj jest zupełnie normalnie. Na co dzień nie zastanawiamy się, co nas łączy, a co nas dzieli. Ale tak, przyznaję, pytanie uzasadnione. Na pierwszy rzut (żeby do reszty Was nie zanudzić) trzy pierwsze rzeczy, które przychodzą mi do głowy.

DSCF3228

Związek z cudzoziemcem to nieustanna tęsknota. Czasem to tylko lekkie ukłucie z tyłu głowy. A czasem to tak aż do bólu brzucha. Najpierw tęskniliśmy do siebie nawzajem. Trzy tysiące kilometrów to może w dzisiejszych czasach nie tak wiele, ale jednak nie było opcji widzenia się co tydzień, czy nawet co miesiąc. I dzięki Ci o dzięki twórco Skype’a i innych nowszych komunikatorów, bo raczej inaczej byśmy tego nie przetrwali. A jak skończyła się już tęsknota za sobą nawzajem, bo Y. dostał wizę, wsiadł w samolot i przyleciał do mnie na stałe, to wzmogła się tęsknota za Marokiem. Świadomie piszę wzmogła, a nie zaczęła. Dla Y. wtedy się zaczęła, ale nie dla mnie. Ja tęskniłam bowiem wcześniej nie tylko za Y. (choć za nim przede wszystkim), ale i za moim marokańskim domem. Za powietrzem, smakami i jakiś miejscem w głowie, które otwiera mi się tylko tam. Ale najbardziej za moimi teściami, co może niektórym wydać się dziwne. Jak ktoś teraz pomyśli, że oszalałam, bo tęsknię za teściową, no to cóż 😉 (Kiedyś Wam zresztą o tej relacji z teściami napiszę, bo to ciekawa sprawa.)

I widzicie z tą tęsknotą to jest taka sprawa beznadziejna, bo gdybyśmy wyjechali stąd, to tęsknilibyśmy za tym domem, za tymi ludźmi i tym powietrzem. Nie ma takiego miejsca na ziemi, gdzie nie tęsknilibyśmy za kimś.

 

Związek z cudzoziemcem to bycie wszędzie u siebie i nie bycie u siebie nigdzie. To z jednej strony dwa domy, gdzie zawsze ktoś na nas czeka. To dwa totalnie różne miejsca, gdzie ludzie witają nas z uśmiechem, a my z uśmiechem kupujemy chleb i mleko. Ale to też dwa miejsca, gdzie zawsze jesteśmy “pod obserwacją”. Tam z zaciekawieniem patrzą na białą dziewczynę bez hidżabu, za to w luźnych alladynkach. Tu z zaciekawieniem patrzą na chłopaka z trochę ciemniejszym kolorem skóry i długimi dreadami. Dopóki to patrzenie z uśmiechem jest ok i nadal czujemy się jak u siebie. Czasem jednak to patrzenie ze zniecierpliwieniem (bo np. w sklepie nie potrafimy o wszystko poprosić). Czasem (na szczęście rzadko) to spojrzenie z agresją, z życzeniem “jedźcie sobie do siebie”. Tylko właśnie, do siebie, czyli gdzie? Nie ma takiego kompromisowego miejsca po środku, gdzie cała nasza rodzina byłaby na 100% na swoim miejscu, gdzie nikt nie mógłby nam powiedzieć, że to nie nasz dom.

DSCF2865

Związek z cudzoziemcem to językowy zawrót głowy. Poplątanie z pomieszaniem. Na co dzień rozmawiamy z Y. po angielsku. I choć nasz poziom jest całkiem ok, to jednak czasem brakuje nam słówka, albo nie potrafimy czegoś wytłumaczyć. Nauczyliśmy się opowiadać naokoło, choć nie zawsze to są opisy, które ktokolwiek poza nami by zrozumiał. “To małe coś w kuchni na stole” może w końcu znaczyć wszystko. Czasem przynosimy rekwizyt, czasem szukamy zdjęcia w google, a jak coś ma na stałe zagościć w naszych rozmowach, to czasem w nasze anglojęzyczne rozmowy wplatamy polskie lub arabskie słówko. Z resztą takich polsko-arabskich wtrąceń mamy więcej. Polskie “dobra” lub arabskie “schwiya” (czyt. szwija, oznacza “trochę”) wplatamy zawsze mimo że znamy polskie odpowiedniki. Ciekawiej i jeszcze bardziej zamieszanie zrobiło się, odkąd mamy naszą małą Kluskę. Trzy języki pełnoprawnie hulają pod naszym dachem. Kiedyś z resztą opowiemy Wam jak to z tą naszą trójjęzyczną córką jest, niech no tylko coś powie. Bo póki co my po swojemu, a ona po swojemu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *