Pani Matka

Siedzę na urlopie macierzyńskim, czyli opowieść o tym, jak zbijałam bąki przez ostatni rok

“Urlop macierzyński” wespół z “siedzeniem w domu” są jednymi z moich ulubionych sformułowań. Wymyślił je zapewne ten, kto wymyślił też powiedzenia “spać jak niemowlę” i “gładki jak pupcia niemowlaka”. Ja Wam nawet mogę powiedzieć, kto to wszystko wymyślił. Ktoś kto nie miał dzieci. Nie podejrzewam bowiem, że “urlopem”, który jednak kojarzy się z relaksem i odpoczynkiem, mógł ten czas nazwać ktoś, kto wie, co oznacza mieszkanie pod jednym dachem z najbardziej wymagającym szefem. Szefem, który może Was wezwać (i z pewnością to zrobi) o każdej porze dnia i nocy. Mieliście kiedyś szefa, na którego narzekaliście, że chciałby, żeby go na rękach nosić? Tylko na 99% przypadków do tego nie doszło. Szefa z urlopu macierzyńskiego poniesiesz na rękach, i to nie raz.

Dzisiaj zdradzę Wam zatem, co robiłam z tą moją małą szefową, gdy siedziałam w domu na urlopie macierzyńskim.

Poranki Inki i Anki

Nie powiem, nie mogę narzekać na pobudki o świcie. Moje dziecko zazwyczaj wstaje w okolicach 8. Czasami zdarzy jej się 7, raz na miesiąc albo dwa – 6, a czasami nawet 9. Można powiedzieć, że całorocznego luksusu wstawania o takiej porze nie miałam odkąd sama byłam dzieckiem. Zanim jeszcze urodziła się I., ba nawet jeszcze zanim zakiełkowała myśl o niej, od wszystkich rodziców małych dzieci słyszałam, że najgorsze są te nieprzespane noce. I tu w moim macierzyństwie nastąpił szok, bo poza samymi początkami, kiedy człowiek non stop padał na twarz, ja zdecydowanie na nieprzespane noce nie narzekam. I bynajmniej nie dlatego, że moje dziecko noce przesypia. O co to, to nie. Ale nie wyprzedzajmy faktów.

Jest poranek. Panna I. budzi się ze snu. Czasem jest łaskawa i tylko szepcze pod nosem, żeby mnie nie obudzić. Częściej klepie mnie po twarzy i sprawdza, czy aby mój nos jest prawdziwy. Uff, matka nie śpi. Matka próbując jeszcze na chwilę przymknąć jedno oko, podaje dziecku kolejne zabawki i książeczki. 5 minut drzemki ekstra.

Uwaga, ważna zasada: do łóżka zabieramy wyłącznie zabawki miękkie. Więcej niż pewnym jest bowiem, że nasze dziecko zabawką w nas rzuci, albo czule okładać nas będzie po głowie, a przecież nikt nie chce się obudzić z guzem na czole.

Poranna toaleta, zrzucamy piżamy, zmieniamy pampersy (ok, jednego pampersa), myjemy zęby i wyruszamy do kuchni. Czasami jeszcze odbywa się tu zaspokajanie pierwszego głodu, bo przecież nie wiadomo kiedy ta matka śniadanie zrobi. No właśnie, śniadanie.

Coś bym zjadła

Na wiele rzeczy się czeka w pierwszym roku rodzicielstwa. Pierwszy uśmiech, słowo, ząb. A niechże by już siedziała, raczkowała, chodziła. I niechże by już normalne rzeczy jadła. No to ja czekałam, szczególnie na to ostatnie. O słodka naiwności!

Czekałam na rozszerzanie diety, bo widziałam w tym dla nas nowe perspektywy. Bo może i wychodząc z domu nie musiałyśmy zabierać torby pełnej butelek, wody, mleka i innych dupereli, bo posiłek zawsze był gotowy 😉 Ale trzeba było poszukiwać ustronnego miejsca. A bo to zimno. A bo to matka niekoniecznie chce świecić cycem. A bo coś by Młoda zjadła, ale wszystko inne jest takie ciekawe. Wyjść więc mogłyśmy, ale w odstępach nie większych niż 2 godziny szukać trzeba było samotni. Oczami wyobraźni widziałam więc jak idziemy w miasto, a tam moje dziecko pięknie zajada łyżeczką, łapeczką, nieważne.

A dziecko, owszem, diety matki pilnowało. Wpatrywało się hipnotyzująco w posiłki wszystkich w pobliżu. Rączki wyciągało i oczami błagało. No to przecież będzie jeść. Stoisz więc przy garach, bo przecież tylko zdrowo, domowo. Dziecko aż się trzęsie, żeby już jeść. Jeden kęs, dziękuję. Dwie łyżeczki, starczy. A teraz daj cyca. Trochę więc jakby nie zmieniło się nic.

Uczciwie jednak należy przyznać, że moja córka, wiek: 11,5 miesiąca spożywa już posiłki przyzwoicie. Czasami. To, co wczoraj było najpyszniejsze na świecie, dziś może okazać się zupełnie nieinteresujące. Nasze dni wypełnia więc przygotowanie śniadania, obiadu, a czasem i kolacji. A dziecko siedzi pół godziny nad talerzem. Coś wsadzi do buzi, coś zrzuci na podłogę, częściej to drugie.

No dobrze, śniadanie zjedzone. To teraz matka może usiąść. Ach nie, wypadałoby posprzątać, bo jedzenie wala się po całej podłodze. Podłoga umyta, na umycie talerzy już nie starczyło czasu, bo…

Mamo, pobaw się ze mną

Mamo, nudzę się. Siedzimy więc na podłodze, na szczęście już bez resztek jedzenia. Podobno są takie dzieci, które bawią się same.

Spotkałam niedawno znajomą. Gadamy o macierzyńskich pierdołach, czasie dla siebie. I ona mówi: “No właśnie, mi najtrudniej było pozbyć się tych wyrzutów sumienia, że ja sobie siedzę, piję kawę, gazetkę czytam, a on sam się bawi. No, ale przecież on nawet nie zwraca na mnie uwagi, to widocznie mu to nie przeszkadza”.

Ale jak to nie zwraca uwagi? Moje dziecko głośno protestuje nawet gdy próbuję się podnieść z podłogi, żeby pójść za tak zwaną potrzebą. Tak więc siedzimy, bawimy się. W lepsze dni ja dopijam kawę, klepię coś na komputerze jedną ręką, ona się bawi. Obie na podłodze, inna konfiguracja nie działa. W gorsze – ona siedzi na mojej nodze i tak sobie trwamy. Czasem przed lustrem, czasem przed pralką. Ostatnio przed lodówką. Ratunkiem pewnym okazała się umiejętność otwierania szuflad, tylko potem jest nieco więcej sprzątania.

Czas na drzemkę

I teraz wiele mam robi głośne uff. Będzie można ogarnąć mieszkanie, ugotować obiad, albo posiedzieć i porelaksować się. Wybieram opcję ostatnią, ale w wersji horyzontalnej. Serial albo książka. Czy chcę, czy nie. Moje dziecko bowiem śpi wyłącznie, gdy leżę obok niej. Czasem musi dotykać mnie całą sobą, czasami wystarczy jedna przyklejona do mnie kończyna. Za bardzo nie mam więc pola manewru. I niechże nawet nie próbuje dzwonić wtedy listonosz do drzwi. Ani nie daj Boże telefon. Serial mogę oglądać na pełnej głośności, ale mój głos, nawet w najcichszym szepcie, wybudza ze snu moje słodkie maleństwo.

Plan dnia to ja tutaj dyktuję

Jeśli myślicie, że to ja ustalam plan działania, to… Trochę macie rację, a trochę nie 😉 Bo plan to ja mogę mieć i owszem, ale czy go zrealizuję, to już wiecie kto zdecyduje.

Na przykład taka sytuacja. Umawiamy się z moimi znajomkami z pracy na lunch. Dziecko moje zazwyczaj śpi pół godziny, w porywach do godziny i drzemka ta najpóźniej odbywa się o 12. Umawiamy się na 13, bo biorąc pod uwagę statystyki z zeszłego miesiąca, to musi się udać. No i właśnie tego dnia I. postanawia pójść spać najpóźniej jak się da i spać dwie godziny. Dwie! A nie zdarza się to nigdy. Czekają na nas, czekają, aż w końcu padają z głodu i tyle po znajomkach 😉

Jeśli jesteśmy we dwie (w sensie ojciec w pracy), to schemat zazwyczaj jest ten sam: poranna toaleta, śniadanie, zabawa z matką, drzemka, spacer (połączony z zakupami czasem), przygotowanie obiadu, zabawa, tata wraca z pracy, obiad, zabawa i czas na drugą drzemkę…

Tak, pisałam już kilka miesięcy temu, że moje dziecko postanowiło mieć tylko jedną drzemką. I owszem, mocno się w tym postanowieniu trzyma, choćby padała na twarz. My jednak wiemy, że to oznacza jedno – dramat. Na przykład taki, że jak już pójdzie spać na noc, to uzna to za drzemkę, wstanie po pół godzinie i będzie skakać przez kolejne dwie. No way. Ostatecznie zazwyczaj kończy się to tak, czy deszcz, czy mróz, czy wiatr głowy urywa, dziecko w nosidło i uskuteczniamy pół godzinny spacer, na którym młoda zasypia. Dzięki temu ja mogę wrócić i na pół godziny usiąść. Z młodą na klacie, oczywiście. Ach, no chyba, że w drodze powrotnej spotkamy sąsiadkę z naprzeciwka: “Och śpi? Ale słodziutka. O! Już nie śpi. Cześć Iness”. No.

A potem to już tylko zabawy. I pora spać.

A w tak zwanym międzyczasie

Wersja optymistyczna jest taka, że naczynia same się zmywają, podłoga pucuje, pranie robi, rozwiesza, a wyschnięte chowa do szafek. Przygotowują się posiłki, zabawki same sprzątają. I wszystko, co panna I. wyrzuciła z szuflad. Niestety, nie mamy ani zmywarki, ani magicznego odkurzacza, co nie potrzebuje ludzkiego asystenta. Uff, dobrze, że pralkę mamy. I umiejętność bycia jednorękim bandytą.

Uczciwie muszę przyznać jednak, że ja nie sama ogarniam to wszystko, w mniejszości może nawet. Druga para rąk (dorosłych) zdecydowanie się tu przydaje.

To teraz już na prawdę idziemy spać

Ale zanim, to wiadomo – gołe dziecko, to szczęśliwe dziecko. Skoki po łóżku, przewroty, wspinaczki na rodziców. Jak łaskawie na chwilę usiądzie, to zdarzy nam się i książkę poczytać, dla dzieci, żeby nie było. To moja ulubiona pora dnia. To taki nasz czas zawsze w trójkę, pełen śmiechu i przytulasów. Potem kolejno skok do wanny i jak już nam się wydaje, że dziecko jest taaaaaakie śpiące następuje pora karmienia, a potem moje dziecko… dostaje turboprzyspieszenia. I hasa i skacze i wspina się i śpiewa i woła i próbuje, że może tym razem poraczkuje do przodu. Godzinę później…

Wychodzę na palcach z sypialni i teraz ja dostaję turboprzyspieszenia. Młoda włączyła licznik, mam czas na szybką kolację i zrobienie herbaty. Jak tylko przełknę ostatni kęs, odezwie się nawoływanie. Potem jeszcze w nocy szefowa raczy mnie zawołać co najmniej 3 razy. Częściej 7. Czasem 37.

Dzień świra

Prawda jest taka, że zdecydowana większość naszych dni wygląda tak samo. Pieluchy, spacery, sprzątanie po jedzeniu. Wieczny bałagan w mieszkaniu i zimna kawa. Owszem, bywamy na mieście. Czasami. Czasami matka ma wychodne i chwilę samą ze sobą.

I wiecie co? Ja to serio lubię. Jak wyganiali mnie w pracy, a idźże już na to zwolnienie, a nie nas tu brzuchem trącasz, to mówiłam, że co ja będę w tym domu robiła. Dzisiaj trochę sobie nie wyobrażam w tym domu nie być 24h. Bywa nudno? Owszem. Bywam zmęczona? Czasami. Ale to najfajniejszy urlop na jakim byłam.

Ps. żeby nie przegapić żadnych wpisów, śledźcie nas na facebooku, a więcej nas znajdziecie na instagramie The Barhounes i mrs_barhoun

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *