Pogadajmy o życiu

O łapaniu kilku srok za ogon i czy dałam sobie spokój z blogiem

Cześć i czołem! Bywam tu rzadko. W ogóle wszędzie wirtualnie aktualnie bywam rzadko. Należy Wam się więc kilka słów wyjaśnienia. Bo tu jakieś vlogi, nagle i niespodziewanie. Tu cisza na blogu jak makiem zasiał. Na insta najpierw wielkie poruszenie, a potem wielka pustka. Czy mi się wszystkiego odechciało? Czy to słomiany zapał po prostu? I po co to tak było rozgrzebać i zostawić?

Spróbuj się domyślić, gdzie to mam

Zawsze uważałam za przekleństwo mój brak ukierunkowania. Brak wybitnych talentów, na widok których można paść z zachwytu. Zawsze marzyłam, żeby być w czymś najlepsza. Wybitna. A tu klops. Bo ja i może daje sobie radę w kilku tematach, ale daję sobie w nich radę na poziomie przeciętnym. No dobrze, przeciętnym+ Bywam wśród najlepszych, gdy grupa porównawcza jest odpowiednia. W liceum byłam w mat-fizie, wymiatałam więc z polskiego. Na studiach z przewagą humanistów, brylowałam na statystyce (do czasu, gdy nie postanowiłam wybrać sobie takiej specjalizacji na magisterce i tu znów zaczęłam wieść prym w bardziej “miękkich” tematach).

Zawsze byłam taka po środku, nieokreślona. Jak w pracy, sto lat temu, mieliśmy testy Insight Discoveryczyli w uproszczeniu jaka energia kolorystyczna dominuje), to wyszło mi, że wszystkich energii mam po równo. Niemożliwe, a jednak. Idealnie w połowie skali wypadłam w teście na określenie intro i ekstrawertyków. Nie pomogło kilkadziesiąt dalszych pytań dodatkowych, przypadek beznadziejny, idealnie pośrodku skali, nieokreślony.

A przecież łatwiej jest w życiu móc się przypisać do jakichś kategorii. I choć oficjalnie wszyscy mówimy szufladkowaniu ludzi “nie”, ale sami jednak lubimy do jakichś podgrup przynależeć. Ma się jakieś poczucie bezpieczeństwa i przewidywalności, gdy można powiedzieć o sobie, że jest się introwertyczną humanistką z talentem fotograficznym. A ja jak ta cudzoziemka w raju kobiet z piosenki Hey. Za mądra dla głupich, a dla mądrych za głupia. Za chuda dla grubych, a dla chudych za gruba. I jak to mawiają niektórzy moi znajomi, co zrobisz, jak nic nie zrobisz.

Masz prawo do dobrej zabawy

Ten przydługi wstęp, wbrew pozorom, miał swój sens. Bynajmniej nie taki, żeby pokazać, że ja już nic na temat napisać nie potrafię. A sens jest taki, że wylądowałam aktualnie w momencie życia, w którym pozwalam sobie na eksperymenty na żywym organizmie. Sobie samej. Pozwalam sobie na próbowanie nowych rzeczy, sprawdzanie się i rezygnowanie. Pozwalam sobie łapać kilka srok za ogon i nie mieć się z tym źle. I nie, nie rezygnuję z bloga. Nie robię nawet żadnej oficjalnej przerwy. Pozwalam się nieść wenie. Zachwycać się, inspirować, próbować. Szukać swojej drogi. Eksperymentować. Nie bać się ocen cudzych i własnych. Błądzić, mylić się, robić głupoty. Robić rzeczy brzydkie i słabe. Poddawać się, porzucać i wracać. Zmieniać zdanie. Zmieniać decyzję. Zmieniać myślenie. Zmieniać siebie. Daję sobie prawo do nieustannego zamawiania małych próbek, zanim zdecyduję się na produkt pełnowymiarowy. Albo i nie. Może sobie zmiksuję te próby różne w jakąś całość niestandardową. Bo kto mi zabroni?

Mogę być każdym po trochu i nikim konkretnie. Szukać i sprawdzać. I mówiąc zupełnie szczerze, w świecie w którym tak wiele rzeczy po prostu musimy, chcę zatrzymać “to” jako wolne od zobowiązań. Nie mówić, że będą dwa posty w tygodniu, ani filmik zawsze w środę o 18. Nie chcę i nie umiem tak. Chcę mieć wolność i swobodę. Chcę, żeby tu mnie totalnie prowadziła ścieżka serca. Bo przecież może. I owszem, są konsekwencje takich decyzji. Statystyki o kant dupy rozbić na przykład. Albo niektórzy mruczący pod nosem, że już mi się odechciało. I co z tego? Są też konsekwencje miłe, jak na przykład szybsze bicie serca. Swędzenie pod skórą. Milion pomysłów, których nigdy nie zrealizuję, ale i tak fajnie je mieć. Dziś piszę, bo taką poczułam energię. Kiedy znów ją poczuję? Nie wiem. Gubię ją często biegnąc z jednej pracy do drugiej, wysyłając sobie buziaki na facetimie z moją dziewczynką. I tęskniąc do szpiku kości. Ale to mnie właśnie ratuje, że gdy to pisanie jest zbyt trudne, mogę pójść w wideo, coś nagrać, zmontować. I wiem, że to słabe jak barszcz. Może się kiedyś tej słabości będę wstydziła. Dziś czuję się dumna, że się odważyłam, że próbuję. Dla wielu to głupie, dla mnie to ważne, żeby móc się wyrażać jak chcę. Chciałabym być w czymś najlepsza. Pisać najlepsze teksty. Ale robić ekstra wideo. Ostatnio mi się kołaczą myśli o podcaście, bo się wkręciłam jako słuchaczka i zatęskniło mi się za radiowymi czasami. I już mam z tyłu głowy te wszystkie historie, które nadają się do opowiedzenia właśnie w tej formie. Na przykład, o małych babciach azjatkach, które codziennie kupują sobie po bułce w mojej piekarni, dają mi do ręki odliczone monety, a potem siadają na wysokich krzesłach przy oknie i głośno dyskutują.

Mogłabym się skupić na jednym, rozwijać, dokształcać, ćwiczyć. Mogłabym, ale dziś się czuję jak w najlepszej ciastkarni. Próbuję po łyżeczce każdego tortu. Mam swoje ulubione smaki i czasem do nich wracam, ale raz na jakiś czas lubię spróbować czegoś innego. Mam poczucie wolności w tym co robię, choć pewnie to trudne w odbiorze czasem. Dlatego przepraszam. I dziękuję! Bo przecież jesteście 🙂

2 komentarze

  • Dorota Strzelecka

    Ja też dziękuję że jesteś. Także z tych co uważają się za przeciętną z minimalnym odchyłami w parę konkretnych stron. Rzeczywiście tytuł podchwytliwy I daje do myślenia czy czasem nie porzucasz bloga bo trzymasz kilka srok za ogon. Szkoda by było, bo piszesz szczerze, o prawdziwym życiu i nie patrzysz na nikogo z góry. Fajnie się Ciebie czyta. Próbuj, eksperymentuj, ciesz się życiem, dawaj z siebie wszystko ale tylko na ile jesteś w stanie. Pozdrawiam 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *