Związek (z)mieszany

Mój mąż był w więzieniu

Otóż, mój mąż był w więzieniu. Ok, nie dosłownie, ale tak się właśnie czuł. Przez ostatnie kilka miesięcy czuł się jak w klatce, uwięziony między paragrafami i papierami. Polecieć do Maroka odwiedzić rodzinę? Nie ma mowy. Wybrać się na małe wakacje za granicę? No way. Zmienić pracę? No możesz próbować, ale raczej nie powinieneś. A dopóki nie masz magicznego stempla (o czym poniżej), to nawet swoją obecną pracę porzuć. Lepiej siedź na tyłku, nie wychylaj się. Nie pytaj. Czekaj.

Dzisiaj opowiem Wam historię legalizacji pobytu Y. w Polsce. Nie będę tu wrzucać wszystkich wymogów formalnych, ani ścieżek do wydeptania sobie w urzędzie – jeśli chcesz się dowiedzieć więcej o formalnościach, napisz do mnie, na przykład przez zakładkę kontakt. Dzisiaj będzie opowieść emocjonalna. I ja wiem, że może być gorzej, ciężej. Że są w życiu większe nieszczęścia. Ale wyobraźcie sobie, że żyjecie w niepewności, niewiedzy, czy jutro będzie Wam dane pracować, a w razie czego szukać pracy. Nie wiecie, czy jutro ktoś Wam nie powie, że musicie wyjechać. Może się nie zgodzicie, ale to jest ograniczanie wolności, jeśli nie wiecie jak długo, dlaczego tak długo i nikt nie chce z Wami rozmawiać.

Wszystko zaczęło się 18 stycznia 2017 roku. Tego dnia Y. wsiadł w samolot i chwilę przed północą wylądował w mroźnej Polsce. Miał wizę na 3 miesiące, tyle więc mógł tutaj przebywać legalnie. Wiadomo jednak było, że ma zamiar zostać na dłużej, w końcu w Polsce byłam ja, jego żona. Naokoło słyszeliśmy, że otrzymać kartę pobytu, to pikuś. Wizę dostać to wyzwanie, potem jest już tylko z górki. Uwierzyliśmy. I rzeczywiście, może nie było ekspresowo, ale jakoś w pierwszych dniach czerwca przyszedł list polecony z  pozytywną decyzją. Decyzją na jeden rok. Niech Was jednak nie zmyli tu mój lekki ton, bo to wcale nie znaczy, że złożyliśmy papiery, poczekaliśmy i bach, jest decyzja. Najpierw trzeba było złożyć dokumenty, a żeby to zrobić, umówić wizytę. Przez internet, wszak to XXI wiek (a potem jednak okaże się, że nie). Problem jedynie w tym, że terminów na kolejny miesiąc brak. Sprytna ja, siedziałam od rana do nocy i klikałam przycisk “Odśwież”. I miałam rację. Pewnego dnia ktoś zrezygnował i jeszcze był uczciwym człowiekiem, żeby swoją rezerwację usunąć z systemu. I tak walentynki spędziliśmy przy urzędowym biurku. We dwoje, wszak w wydziale do spraw cudzoziemców znajomość angielskiego jest raczej wyjątkiem niż regułą. Po złożeniu stosu papierów, zaświadczeń i odcisków palców kazano nam czekać. Powiedziano nam też, że luzik, mąż może pracować. Otóż nie mógł, ale kwestia niewiedzy i dezorientacji w tym urzędzie jest tematem na osobny post 😉

Ledwie minęło kilka dni, nawet nie myśleliśmy, że coś się w sprawie ruszy. Pewnego popołudnia, akurat szliśmy na urodziny kolegi, Y. mówi, że ktoś dziś do niego dzwonił, ale nie mówił po angielsku i się nie dogadali. Call center chyba jakieś, ale sms mi też wysłali. Ja patrzę, a tam “z tej strony dzielnicowy blabla proszę się stawić w dniu dzisiejszym w trybie pilnym na komendzie blabla proszę zabrać ze sobą osobę, która będzie mogła tłumaczyć”. No spoko. Także jubilata uściskaliśmy i pobiegliśmy na komendę. I tu się okazuje, że machina ruszyła, a skąd tryb pilny? No chyba państwu zależy, żeby szybko załatwić sprawę? A nie chciałem państwa w domu nachodzić. No dobrze. Przegląd wszystkich dokumentów. A skąd się znamy? A co planujemy? A imię matki? A pieczątka gdzie w paszporcie? Czy mąż ma nałogi? Dziękuję, wszystko spiszę i niezwłocznie wyślę. Na koniec mąż mój mówi po polsku “dziękuję”, na co dzielnicowy “och, czyli jednak mówi pan po polsku” 😀

Nieświadomi, że kontroli to nie koniec postanowiliśmy w pewien marcowy weekend odwiedzić moich rodziców. Spacerujemy w niedzielny poranek, kiedy mój mąż odbiera telefon i znów nie może się dogadać po angielsku. Przejmuję słuchawkę. Dzień dobry, straż graniczna, jesteśmy u państwa, ale tu nikogo nie ma. No dobrze, umawiamy się na kolejny dzień, oczywiście jestem niezbędna do dokonania tłumaczenia. Spotykamy się kolejnego dnia. I znów analogiczny przegląd dokumentów, analogiczne pytania. Po początkowo napiętej atmosferze następuje rozluźnienie. Bo wie pani, ja to właśnie planuje się z żoną wybrać do Maroka na wakacje, mogłaby Pani coś opowiedzieć? I tak przegadujemy kolejną godzinę, a może i więcej. Pan bierze jeszcze ode mnie numer telefonu, w razie jakby jeszcze chciał podopytywać o te wakacje. Dowiadujemy się też, że powypytywali o nas sąsiadów, ale nic więcej nie mogą zdradzić. Trzymają kciuki.

W międzyczasie przychodzi do nas pismo, że blablabla przewidywany termin zakończenia sprawy blablabla oraz wysłano zapytanie do komendy policji, straży granicznej oraz ABW. Czekamy więc na ABW, na szczęście nigdy nas nie odwiedza 😉 Odwiedza nas za to listonosz i przynosi polecony z urzędu. Wezwanie na przesłuchanie. Proszę zabrać ze sobą tłumacza. Tym razem nie mogę to być ja, bo nasze zeznania będą ze sobą konfrontowane. Ups. Ja trochę chce przegadywać i ustalać wspólne wersje, Y. puka się w głowę, że znamy się już trochę, drobnych lat kilka, coś o sobie wiemy. No niby tak, ale przecież on w kółko myli nasze szczoteczki do zębów, to co jak na przesłuchaniu on powie, że jego czerwona, a ja że zielona. Słyszeliśmy mnóstwo historii jak bardzo absurdalne potrafią być pytania. Na szczęście inspektor, który nas przesłuchuje okazuje się spoko gościem. Pyta o nasze wesele, kogo znamy ze swoich rodzin i co mąż dostał na urodziny (do dzisiaj mamy niejasność, o które urodziny pytał). Do tego jeszcze parę pierdół. Nikt nam oczywiście nie mówi, czy przeszliśmy ten egzamin, ale mamy pozytywne odczucia. Po około miesiącu przychodzi decyzja. Uff. Teraz mamy rok oddechu. I to był błąd.

Uderzam się teraz w pierś. Moi rodzice co jakiś czas przestrzegali i mówili, że zaraz trzeba będzie myśleć o nowym wniosku. A ja się chichrałam, że doprawdy są przewrażliwieni. Przecież poprzednia karta zajęła nam jakieś 3 miesiące, luzik. I tak ja chciałam czekać, aż urodzi się nasza styczniowa dziewczynka, ale w końcu Y. zaczął trochę naciskać. Po co czekać? Stukałam się w głowę, miał kartę do końca maja. A tu ledwie grudzień. Ugięłam się jednak i postanowiłam umówić wizytę. System się jednak zmienił, wyszliśmy z XXI wieku, teraz wizyty umawia się telefonicznie. W określonych dniach i określonych godzinach. Mogło być mi to niestraszne, wszak byłam już na zwolnieniu pod koniec ciąży. Strasznym się jednak okazało, bo mimo rozgrzanej słuchawki dodzwonić nigdy mi się nie udało. Po długich godzinach zajętego sygnału, nagle następowało połączenie i przemiły automat mówił, że wszystkie numerki zostały już wydane. W końcu poddaliśmy się i zdecydowaliśmy na początku stycznia pojechać złożyć papiery w delegaturze w Jeleniej Górze. Wyruszyliśmy więc w tę ledwie stukilometrową trasę. Y., ja i moja torba do porodu. Do terminu miałam jeszcze całe 10 dni. Na szczęście mojej córce nie spieszyło się do wyjścia.

Dokumenty złożone, trzeba czekać. Na magiczne pismo, że blabla przewidywany termin blabla wysłano zapytania blabla i z tym pismem można się zgłosić do urzędu po stempel w paszporcie. Magiczny stempel, święty stempel, chwała niech mu będzie. Spytacie, po co nam jakaś głupia pieczątka. Ano po to, żeby mieć dowód, że dokumenty Y. złożył. Dowód, który będzie mógł pokazać, gdy zatrzyma go policja lub ktokolwiek inny i będzie chciał sprawdzić, czy przebywa na terenie kraju legalnie. Dowód, że czeka na swoją decyzję i w związku z tym może nadal pracować. No i czekamy. Rodzi się I., trochę przyćmiewa to czekanie, ale mijają kolejne miesiące, pismo nie przychodzi. Jest kwiecień, zaczynamy przebierać nogami, w pracy zaczynają pytać Y., co ze stemplem. Piszę pismo. Jedno, drugie, trzecie, czwarte. Do kierowników, dyrektorów departamentów i dyrektora całego urzędu. Najpierw proszę. Opisuję naszą sytuację. Że dziecko małe, że zaraz mąż przez to straci pracę. Cisza. Potem grożę. Że pójdę wyżej, a choćby i do Rzecznika Praw Obywatelskich. Że do sądu pójdziemy. A tu jest nasze zdjęcie, zobaczcie w nas ludzi, a nie tylko stos papierów. Cisza.

Ktoś mi podpowiada, żeby pójść osobiście do dyrektora urzędu (to gdzieś między trzecim, a czwartym pismem). Próbuję, ale wie pani, hierarchia. Najpierw musi pani do dyrektora departamentu. Do dyrektora departamentu umawiamy tylko pierwszego dnia miesiąca, w tym miesiącu brak terminów. Proszę próbować 1 czerwca, najlepiej osobiście. Stajemy więc w kolejce 1 czerwca, ja i moja mała córka. Wchodzimy do sekretariatu. Ale wniosek z tego roku? No to nie ma takiej możliwości, żeby umówić wizytę, za wcześnie. Pękam. Zazwyczaj w takich sytuacjach obracam się na pięcie i wychodzę. Ale ja mam dziecko na ręce, a mój mąż właśnie traci pracę. Rozpłakałam się. Pytam, co mam zrobić? Jak człowiekowi proszę mi powiedzieć, co mam zrobić, żeby żyć? My dokonaliśmy wszystkiego z wyprzedzeniem, a wy nie przestrzegacie terminów, przepisów, nikt nawet nie odpisuje. Ale proszę pani, my nie mamy żadnych terminów. O w mordę, dobra ściema, tylko ja się jakoś przy pierwszym piśmie przygotowałam, przeczytałam 270 stron ustawy o cudzoziemcach i kilka innych bełkotów. No wie pani, bo nam ludzi brakuje, trzeba nas zrozumieć. No rozumiem, ale kto zrozumie mnie? I wciąż tam stoję cała we łzach. Pani chyba jednak ma serce. Daje mi kartkę. Niech pani piszę jeszcze raz, osobiście zaniosę inspektorowi. Zadziałało. Nie zdążyłam dojechać do domu, dzwoni inspektor. On twierdzi, że widział już poprzednie pismo i zaczął działać. Nigdy się nie dowiem, czy zadziałała moja drama, czy groźby pisemne. Machina ruszyła. Dostajemy pismo, przewidywany termin rozpatrzenia sprawy 1 września blabla.

Najpierw wpada straż graniczna. Od progu widzę już szeroki uśmiech, to strażnik z poprzedniego roku, ten który wypytywał o Maroko. Tym razem mają tylko pytanie, gdzie mąż pracuje i tyle, nic nam więcej nie kazano was pytać. Zapytają za to sąsiadów. Z czego żyjemy? Gdzie braliśmy ślub? I czy to dziecko to oby na pewno jego? No wiadomo, że sąsiedzi wiedzą najlepiej (na usprawiedliwienie przemiłych strażników, oni takie listy pytań dostają z góry, sami tego nie wymyślają). Potem wpada pan policjant, przełożony naszego dzielnicowego. Y. nie ma w domu, jest w pracy. Pan przepytuje mnie, nie zdradzając ani cienia uśmiechu. Mamy się jeszcze stawić oboje na komendzie. Dzień przed wizytą dostaję sms, że pan się rozchorował i spotka się z nami dzielnicowy. Ten sam, który w poprzednim roku. I jeszcze nas pamięta. Ma już wszystko przygotowane, uzupełnia tylko, co się zmieniło. Na koniec pozwala sobie na żart “a z nałogów poprzednio mąż wymienił tylko marihuanę”.

No i czekamy. Mija wrzesień. Żadna decyzja nie przychodzi. Idziemy więc zapytać, co z naszą sprawą. Nie udzielamy informacji, są opóźnienia, trzeba czekać. Jak długo? Nie wiadomo. Y. nie poddaje się i idzie znów. Nikt, absolutnie nikt w całym wydziale nie mówi po angielsku, żeby z nim porozmawiać. W wydziale ds. cudzoziemców, przypomnę. Idziemy znów, z mocnym postanowieniem, żeby nie dać się znów wypchnąć za drzwi. Nic nie możemy powiedzieć, nic nie wiemy, trzeba czekać. Naciskam i naciskam jednak i w końcu pani ugina się, żeby mi zdradzić tajemny numer pokoju. Tam siedzi kierownik odpowiedzialny za system rezerwacji wizyt, może on nam pomoże umówić się na wizytę do kierownika. Odstajemy swoje w kolejce. Nic nie mogę dla państwa zrobić. Takich jak państwo mam tu codziennie dziesiątki. Trzeba czekać. I znów nie wiem, czy działa mój płacz, słodka I., czy moje pytanie, czy powinniśmy poskarżyć się wyżej i złożyć pozew do sądu. Nie ma to znaczenia. Pan pisze w naszym imieniu ponaglenie do wszystkich świętych. Daje nam kontakt do siebie i każe odezwać się za 2 tygodnie, jeśli sytuacja się nie zmieni. Nie wierzymy już, ale mamy chociaż poczucie, że zrobiliśmy wszystko.

2 tygodnie później, akurat idziemy sobie na spacer, kiedy dostrzegamy pod naszym domofonem listonosza. Właśnie państwa rozpoznałem, mam coś dla pana. Decyzja. Na 3 lata, czyli maksymalnie. Mój mąż ściska listonosza, ja płacząc mówię paniom sprzątającym akurat pod blokiem, że to najlepszy dzień w naszym życiu (dobra, znalazłoby się kilka lepszych, ale nie czepiajmy się szczegółów ;)). Nie wiem, czy ktoś dotrwał do tego momentu i wciąż czyta. Ja się czasem dziwię, że my dotrwaliśmy do tego momentu w tej całej biurokracji. Nasza historia ma happy end, ale wiele ludzi czeka latami. Całe rodziny, bez prawa do pracy, bez prawa do wyjechania do domu, bo niewiadomo, czy ktoś da im kolejną wizę, żeby tu wrócić. Cały problem jest w systemie. W braku wykwalifikowanej kadry. W braku kadry w ogóle. W niedostosowaniu przepisów do realiów. Ale już Wam nie będę tu smucić, bo u nas panuje radosny nastrój. A mi, mam nadzieję, starczy determinacji, żeby jednak napisać do tych nad urzędem,  w imieniu tych, którzy nie mają siły, czy wiedzy, żeby walczyć.




Ps. żeby nie przegapić żadnych wpisów, śledźcie nas na facebooku, a więcej nas znajdziecie na instagramie The Barhounes i mrs_barhoun

5 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *