Love love

Love love – sierpień

Ach ten sierpień! To była istna sinusoida. Dobrze, źle, dobrze, źle, dobrze, źle, dobrze i tak w kółko. Na pewno na nudę nie można było narzekać. Przetrwaliśmy kontakty z polską ambasadą, choć łatwo nie było. Moczyliśmy nogi (a niektórzy i więcej) w różnych zbiornikach wodnych. Chowaliśmy się przed upałami i relaksowaliśmy się na piknikach. Świętowaliśmy i napełnialiśmy brzuszki. Niektórzy się postarzeli. Inni tylko urośli. Przyjechali w końcu w odwiedziny moi teściowie. Wspomniałam już o napełnianiu brzuszków? 😉 Odnowiłam moje postanowienie niejedzenia słodyczy i wróciłam na rower. Nasza dziewczyna jeszcze głośniej piszczy i jeszcze głośniej się śmieje. Zawodowo też szczypie i wyrywa włosy. A i wyrzuca zabawki z wózka, więc znów mamy darmowe skłony i przysiady.

Rzecz

Urządzasz mieszkanie i planujesz sobie, że w tym pokoju na przykład to tylko granatowe dodatki i ewentualnie odrobinę limonkowej zieleni. A potem masz dziecko. Dziecko ma zabawki. A zabawki mają kolory, wiele kolorów. I ja wiem, że można iść w pastele i można próbować te kolory ograniczać, ale nie oszukujmy się, im więcej pstrokacizny, tym moja Kluska szczęśliwsza. Ale jakby się z tym kolorowym jarmarkiem nie pogodzić, to i tak człowiek szuka oznak normalności i dawnych gustów. I tak oto sobie wymarzyłam kosz na zabawki. Ale najpierw z jednego sklepu wziął i zniknął. Potem wszystkie poszukiwania wskazywały, że albo za mały i całego majdanu nie pomieści, albo nie uniesie tego mój portfel, a zazwyczaj jedno i drugie. I już się z tym pogodziłam, że będziemy żyć przysypani zabawkami (bo sumienie nie pozwoliło mi za zakup innego ogarniacza zabawek). Aż tu nagle, zupełnie niespodziewanie odwiedziłam Pewną Miłą Osobę, co to pracuje w sklepie z wystrojem wnętrz. I tak między jedną plotką, a drugą, a gilganiem małych nóżek, w moje oczy rzucił się on. Piękny i duży! I jeszcze na przecenie, co jest zawsze miodem na moje serce. I tym sposobem zamieszkał z nami. Resztka normalności wystroju naszego mieszkania uratowana.

Muzyka

Tak się złożyło, że w sierpniu spędzaliśmy trochę więcej czasu niż zazwyczaj w samochodzie. I żeby umilić nam ten czas (i wcale nie po to, żeby zagłuszyć marudzenie małego człowieka) słuchaliśmy muzyki. A że znudziła nam się playlista, którą tłukliśmy bez końca od czterech lat (sic!), to poszperaliśmy w stercie płyt, która nam się kurzyła w garażu i trafiliśmy na dwie perełki. I ja się od razu przyznam, o muzyce to ja pisać nie umiem, więc po prostu posłuchajcie, na przykład tego, tego i tego. Czyż to nie dobre?

Miejsce

Szukaliśmy od dawna miejsca, które będzie nam dawało namiastkę wakacji. I nie będzie pełne Sebixów. I nie wiem, jak to się stało, że dopiero teraz tam dotarliśmy. Nie za daleko od Wrocławia, ale i nie za blisko. Tanio, miło, piasek do poleżenia i woda do popływania. I dużo cienia, w którym moja półafrykańska córka mogła się chować, bo pomimo tej połowy pochodzenia fanką upałów to ona nie jest. Zalew Mietkowski – jedźcie tam 🙂 ps. Sebixy w ograniczonych ilościach. Bywają za to Mietki, takie co żonie wychwalającej smak melona powiedzą “Halina, bo Ty to akurat jesteś znawczynią melonów”. Ale też w ilości mocno ograniczonej.

A jak nam się nie chciało aż tak daleko, a nadal poszukiwaliśmy cienia, to uciekaliśmy do Parku Południowego. Jakoś między nami zaiskrzyło. Może to ta kawa z Bike Cafe. Może to ten widok na wodę. A może miłe miejsce na grilla i chill. Tylko szkoda, że podjęłam znów bezsłodyczowe postanowienie, bo coś czuję, że z watą cukrową też bym się zaprzyjaźniła.

Ps. żeby nie przegapić żadnych wpisów, śledźcie nas na facebooku, a więcej nas znajdziecie na instagramie The Barhounes i mrs_barhoun

No Comments

  • Kundelek Na Biegunie

    Mamy ten sam kosz! Gdzie my go dorwaliśmy… a no tak, IKEA chyba. Miał być na grzyby.
    A pomijając ten nieistotny szczegół, to piękne miejsce znaleźliście. Zdjęcie z deskami wygląda jak California a nie okolice Wrocka!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *