Love love

Love love – październik

To był trochę dziwny miesiąc. Niby nie działo się nic szczególnego, a minął jakoś szybciej niż poprzednie, które i tak już pędziły jak szalone. Znów walczyliśmy z urzędami (bleh, napiszę więcej jak przestanę mieć odruch wiadomo jaki w tym temacie). Dużo gotowaliśmy i jeszcze więcej jedliśmy. W naszym życiu wydarzyło się najlepsze ciasto marchewkowe z kremem z masłem orzechowym ever <3 Poza tym łapaliśmy ostatnie promienie słońca i rozmyślaliśmy o przyszłości.

Mała dziewczynka kontynuuje swoje ćwiczenia jogi i osiąga kolejne levele sprawności (w przeciwieństwie do jej matki, które osiąga kolejne levele, ale w jedzeniu ciasteczek). Postanowiła też (córka, nie matka) zostać prawie dorosłym człowiekiem i drzemkę czyni już tylko raz dziennie. Szczyt dorosłości osiąga w dni (których niestety coraz więcej) kiedy łaskawie śpi aż pół godziny. Inni dorośli nie są wdzięczni tej dorosłości, matce to nawet na pełen odcinek serialu jakiegoś nie starcza. Poza tym ostatnim rzutem na taśmę, zainspirowana zapewne przeprowadzanymi wszystkim, którzy biorą ją na ręce przeglądami dentystycznymi, stwierdziła, że zęba jednak lepiej mieć niż nie mieć. Oto więc jest, niepozorny, milimetrowy, ale już chętnie kąsa wszystko co napotka. Ała.

SERIAL

Ja wiem, że pewnie teraz parskniecie śmiechem. Ludzie oglądali ten serial jakoś w 2012. No cóż, lepiej późno niż wcale. W razie, gdyby ktoś był równie zacofany jak ja, polecam. Girls, czyli Dziewczyny, po prostu. I tu wcale nie chodzi o niesamowicie porywającą fabułę, ani o wartką akcję. O życie tu chodzi, o realizm. Bo tu ludzie bywają grubi, zmęczeni, zdemotywowani. Mają prawdziwe problemy i fatalne fryzury. Owszem bywają sceny przerysowane i zbyt mocne. Owszem, postaci są jednak dość specyficzne. Nie zmienia to jednak faktu, że łatwo mogę sobie wyobrazić, że tych ludzi znam i że żyją w moich realiach. I odcinki krótkie, w sam raz na drzemkę mojej córki. By były. Ale już pochłonęłam wszystkie 6 sezonów.

KSIĄŻKA

Nie wiedzieć czemu, jak tę książkę zaczynałam, spodziewałam się, że będzie lekka, łatwa i przyjemna. Nie przeczytałam absolutnie żadnego opisu, wiedziona jedynie przeczuciem otworzyłam ją pewnej nocy na moim czytniku i przepadłam. Nie była absolutnie lekka, łatwa, ani przyjemna. Nie pochłonęłam jej na raz. Ale ta książka, to jest moc. “To, co zostało” to opowieść o wojnie, z perspektywy ofiary i kata. To opowieść o potworach i ogromnej sile do ich przezwyciężania. Ale mimo że książek o wojnie trochę w swoim życiu przeczytałam, to ta jest wyjątkowa. Zostawia na plecach ciarki. Zostawia pytania. O granicę wybaczenia. O sens cierpienia. O rozliczanie przeszłości. Historia o przeszłości przeplata się z teraźniejszością i współczesnymi dylematami. Nie przeczytałam jej raz, dwa, bo moim zdaniem to książka, nad którą warto myśleć. Obrazy dawkować, bo od nadmiaru może zrobić nam się ciężko. Choć zapewne zrobi się i tak. To książka, która, przynajmniej mi, daje po raz kolejny poczucie wdzięczności za czas i miejsce, w którym się urodziłam.

PORA ROKU

Tym razem nie rzecz, ale jakiś zlepek momentów i wrażeń. Ja wiem, że dla wielu osób to najgorsze co może być. Te wiatry i deszcze. Te chłody i przemoczone buty. Włosy przyklejone do ust wybłyszczykowanych. Marznące dłonie o poranku na rowerze. Żołędzie spadające na głowy i zbyt ciemne wieczory. Wiem i rozumiem. Tylko ja mam inaczej. Gdybym mogła wybrać jedną porę roku, która trwałaby i trwałaby, jesień by to właśnie była. Owszem, najchętniej złota, ze słońcem, babim latem i spadającymi liśćmi.  Jesień, która pozwala na chodzenie bez czapki, ale szalik jednak się przyda. Ciepły sweter zamiast krótkiego rękawka. Lubię to przechodzenie, starzenie się przyrody. Jesienna chandra rzadko mnie dotyczy. Ba, jak niektórzy mają przypływ energii i motywacji na nowy rok albo wiosnę, tak ja mam na jesień. Jakoś bardziej czuję się sobą. Jakoś bardziej wszystko celebruję. I książki czytane przy lampce. I litry pitej herbaty. Najlepiej z miodem i cytryną. Albo z cytryną, mandarynką i sokiem malinowym. Lubię gotować te wszystkie jednogarnkowe i rozgrzewające. Opatulać się szalikiem, a wieczorem wciągać na nogi skarpetki. Lubię jeszcze bardziej te leniwe poranki z moją dziewczynką w łóżku. Ciepłe owsianki na śniadanie. I spacery o dowolnej porze dnia, bo już przecież nie ma upałów. I mam jakieś takie wrażenie, że i ta moja dziewczyna całkiem jesień polubiła. I nawet nie urządza awantur (zazwyczaj) na ubieranie czapki.

A Wy? Lubicie jesień?

Ps. żeby nie przegapić żadnych wpisów, śledźcie nas na facebooku, a więcej nas znajdziecie na instagramie The Barhounes i mrs_barhoun.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *