Love love

Love love 2018

Ach, co to był za rok. Najbardziej wyjątkowy ze wszystkich moich 30 lat. Szalony i nieprzewidywalny. Najpiękniejszy i najtrudniejszy zarazem. Niewyobrażalny. Już nigdy nie będzie takiego roku, więc trochę łza mi się w oku kręci. Ale coś jestem przekonana, że…

Rok temu na swoim instagramie napisałam: “Drogi 2017, byłeś petardą! Ale coś czuję, że 2018 będzie jeszcze lepszy”

Nie pomyliłam się, o nie. Tylko co w takim razie powinnam napisać w tym roku, żeby nie zapeszyć?

Styczniowa dziewczyna

Nie ma co ukrywać, że zawładnęła nasza dziewczyna tym rokiem i wszystko sobie podporządkowała. Zaczęło się od tego, że styczeń spędziliśmy na czekaniu. A ona uparcie nie zamierzała wychodzić do zimnego świata. Przegapiła nawet swój planowany termin i kiedy już myślałam, że na zawsze pozostanę w dwupaku, 22 stycznia na świecie pojawiła się ona. Pierwsze co pediatra powiedziała na jej widok, to “Ojej, ale ma wielkie stopy”, ale i z takimi stopami ją pokochaliśmy 😉 (a na serio, to do teraz nie wiemy, o co chodziło, bo rozmiar stopy, jak i wszystkiego innego, ma najnormalniejszy na świecie).

Potem miało być najpiękniej na świecie. A było najtrudniej. Trafił się nam nienajłatwiejszy egzemplarz, a u mnie baby blues szalał na całego (może kiedyś napiszę Wam o tym więcej). Kolejne miesiące przeplatały radość ze łzami. Gdzieś razem z wiosną zaczęło się i u nas rozjaśniać. Dziewczynka śmiała się coraz więcej, a my razem z nią. Z miesiąca na miesiąc traciliśmy dla niej głowę coraz bardziej i absolutnie nie wyobrażamy sobie bez niej życia. Patrząc jak rośnie i zdobywa nowe umiejętności, już nie możemy się doczekać co przyniesie nowy rok.

Wszystko się zweryfikowało

Żeby nie było, że już tylko o dziecku. Dużo się też zweryfikowało u nas, dorosłych. Nigdy wcześniej nie dowiedzieliśmy się tak dużo o sobie samych i o sobie nawzajem. Bywały to lekcje bolesne, ale bardzo potrzebne. Dużo się zmieniło, dużo się poukładało. Nasz związek przeszedł test, bo nowy członek w zespole (i do tego gwiazda od razu), to nie jest bułka z masłem. Test zaliczony 😉

Dużo przyszło też refleksji o relacjach ze światem. Bo wiecie, świat ma swoje oczekiwania wobec nas, a my wobec świata. Ale to tym już czytaliście.

Co by nie mówić, dziś jesteśmy jednak trochę innymi ludźmi niż rok temu. Na pewno milion razy bardziej szczęśliwymi.

Walka z wiatrakami

Jakby ktoś miał jakąś wątpliwość, jaki był nasz drugi główny temat w tym roku (zaraz po Styczniowej Dziewczynie), to definitywnie i bezsprzecznie była to walka z urzędami. Nie policzę, ile nerwów i nieprzespanych nocy nas to kosztowało. Ile godzin spędziliśmy z telefonem w ręku, na korytarzach urzędów i pisząc pisma. Ile osób zaangażowaliśmy (ale z tego miejsca najserdeczniej i najmocniej jeszcze raz Wam dziękujemy!). Walczyliśmy o pozwolenie na pobyt, wizy, prawo jazdy i pesel. Ale znów, jak trudno by nie było, rok kończymy z zamkniętym rozdziałem. Pozytywnie.

O naszych walkach pisałam tu i tu.

Jadą jadą goście

Nie udało nam się w tym roku popodróżować, bywa. Wspólnie byliśmy tylko w Krakowie i Warszawie, ale to nic. Kiedy Ty nie możesz pojechać do świata, świat przyjeżdża do Ciebie. I tak mieliśmy trzy tury marokańskich gości. Z pierwszymi (bratem i szwagierką Y.) toczyłam się jeszcze po wrocławskich ulicach i uliczkach w dwupaku. A pod koniec swojej wizyty odwiedzili mnie i małą I. w szpitalu. Potem na przełomie czerwca i lipca odwiedził nas kolega Y. I zafundował nam (i przy okazji sobie) trochę przygód gubiąc paszport. Ale dzięki temu wybraliśmy się w pierwszą dalszą podróż samochodem z I., do Warszawy.

A potem wydarzyła się najmilsza i najbardziej wzruszająca wizyta, rodzice Y. I choć był moment, kiedy miałam dość (możecie o tym przeczytać tu), to nadal twierdzę, że lepszych teściów wymarzyć sobie nie mogłam. A miłość między nimi i wnuczką, to jest dopiero coś, na co nie można się napatrzeć. Z resztą szczęście do dziadków nasza Mała Kluseczka ma w obu przypadkach.

To, co było jednym z najważniejszych wniosków podczas tych trzech wizyt – Polska jest piękna. Zachwycała ich wszystkich architektura, zieleń i czystość. Tak, tak, można podziwiać kosze na segregowane odpady. Dzięki tym wizytom my też trochę bardziej zmotywowaliśmy się do zwiedzania najbliższych okolic. Z przyjemnością wylegiwaliśmy się w parkach i na plażach, w i pod Wrocławiem. Z największą przyjemnością szwendaliśmy się bez celu po naszym mieście.

O matko! Jestem matką!

Jako autorka tego bloga chyba powinnam napisać też coś o sobie. Bo to był przede wszystkim rok, w którym trochę wszystko jakby zaczęło się dla mnie od nowa. Przekroczyłam trzydziestkę i myślałam, że stanę się w końcu poważną panią. Miałam świętować na Jamajce, świętowałam w szpitalu. Chyba nie za bardzo spoważniałam. Może wręcz przeciwnie, biorąc pod uwagę ilość otaczających mnie zabawek. Dojrzewałam i wciąż ten proces jeszcze trwa. Siwiałam i marszczyłam czoło. Śmiałam się i wygłupiałam jeszcze bardziej niż zwykle. Schudłam (e tam, drobne 26 kg). Poprzestawiałam meble. Zakochałam się jeszcze bardziej. W mężu własnym osobistym. Założyłam bloga. I to też była całkiem fajna decyzja, bo gdybym tego nie zrobiła, to gdzie bym miała ten rok podsumować?

Ps. żeby nie przegapić żadnych wpisów, śledźcie nas na facebooku, a więcej nas znajdziecie na instagramie The Barhounes i mrs_barhoun

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *