Pani Matka

Jednoręki bandyta

Ja wiem, że są takie wynalazki jak chusty (mam dwie na stanie i obiecuję, że kiedyś to ogarnę) i nosidełka. Wiem, że są dzieci, które grzecznie śpią w trakcie długich drzemek (zazdroszczę) i grzecznie bawią się same, gdy nie śpią. No dobra, to ostatnie też się czasem u nas zdarza. Ale przyznam się tu – jestem matką, która nosi. Jak młoda marudzi, a ja muszę coś zrobić, to biorę na ręce. Czyli najgorzej! Bo noszę i przyzwyczaję, a dziecko musi czasem popłakać (pozdrawiam prawą stronę), a jakbym w chuście nosiła, to dwie ręce miałabym wolne i dzieć byłby zadowolony (pozdrawiam lewą stronę). I tak tkwię w swojej beznadziei, jako matka niereformowalna, roboczo nazywana jednorękim bandytą. I cóż, że można by było łatwiej, szybciej i przyjemniej. Ja tu wszak nabywam nowe umiejętności, które wpiszę sobie później do CV.

DSCN0080

Umówmy się, o ile zrobienie kawy, czy zamieszanie w garze jedną ręką szczególnym wyczynem nie jest, o tyle już pokrojenie ogórka jedną ręką to pewna sztuka. A takie rozwieszanie prania na przykład, to już się kwalifikuje do sportów i wnioskuję, aby Endomondo dołożyło taką kategorię i pomogło matkom liczyć te spalane kalorie. Podchodzisz do pralki, przysiad. Bierzesz max 3 rzeczy, bo resztę i tak zgubiłabyś po drodze. W międzyczasie z pralki wysypuje się plejada skarpetek wszelakich, ale tym zmartwisz się później. Na balkon marsz (ok. 10 rundy dziecko się nudzi i należy włączyć element rozrywkowy w postaci, na przykład, podskoków). I tu już tylko wygibasy połączone z rozciąganiem ręki, żeby równo rozwiesić. Ups, spadło. Nie szkodzi. Przysiad i uratowano. Spadło jeszcze raz. Niech leży, na podłodze też wyschnie. Do łazienki marsz. Przysiad. I tak jeszcze tylko kilkanaście razy.

Ale tu nie tylko ciało, ale i umysł pracuje. Na przykład idąc na spacer, musimy zejść po wózek (nie pytajcie, ale w skrócie – super lekki wózek, który miałam znosić z drugiego piętra okazał się nie być taki super lekki i zamieszkał w piwnicy-garażu). Teraz i tak te wyczyny są dużo prostsze, ale w zimie, ach w zimie… Może są dzieci, które kochają kombinezony i czapki i smarowanie buzi kremem. Moja nie kochała. Wyobraźcie sobie więc taki obrazek: mały zasmarkany brzdąc w śliskim kombinezonie wijący się na wszystkie strony, upocona matka w zimowej kurtce, z pieluchą na ramieniu, w razie jakby się jednak komuś ulało, i próbująca nie ogłuchnąć od wrzasku kierowanego wprost do ucha. Do tego dwa komplety kluczy (nie można schować do torebki, bo wiadomo, że zostaną pożarte przez torebkowego potwora), torebka (mała, żeby nie spadała z ramienia i nie ciążyła na spacerze), z której wysypują się kolejno: telefon (więcej niż pewne, że zaraz ktoś zadzwoni), banan (bo matka też czasem coś jeść musi), chusteczki, zapasowa pielucha tetrowa, grzechotka, smoczek (bo może zapomni, że nie akceptuje i da się tak uciszyć na chwilę). Oczywiste oczywistości w postaci portfela i kilkunastu starych paragonów pominę. I teraz tak zejść po ten wózek, żeby nic się znikąd nie wysypało, żadne drzwi nie trzasnęły zbyt głośno, a na koniec wyciągnąć wózek, nie rozwalając przy tym starannie ułożonej konstrukcji z rowerów i różnych przydasiów. I jeszcze zachować przy tym energię na dalszy spacer i wniesienie po nim na górę wierzgającego, ryczącego bobasa. To jednak wymaga pewnej logistyki, pracy umysłowej i odrobiny zimnej krwi.

DSCN0546

I kiedy potem, na przykład, taki kurier się dziwi, że można na jednej ręce lulać dziecko, a drugą odbierać paczkę, kwitować odbiór, odebrać telefon, odmachać sąsiadce i zamknąć drzwi, to ja sobie myślę, że to, to jest pikuś. Jedną ręką można dużo więcej. I dlatego moja jedna ręka wpisze to sobie kiedyś do CV.

3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *