Związek (z)mieszany

Jak zostałam żoną Marokańczyka

Nie było tłumu gości. Ani sukni z welonem. Ba, żadnej sukni nie było. Ani przysięgi nawet. Do ślubu poszłam tak, jak stałam. I nawet sobie zdjęcia nie pstryknęliśmy na pamiątkę. Zaraz wszystko Wam opowiem, jak wyglądał mój ślub w Maroku. Najpierw zróbmy jednak krótkie wprowadzenie kulturowe.


2014 – idziemy na wesele do przyjaciela Y. (stosowne stroje, nie ma co 😉 kiedyś Wam o tym opowiem)
btw mniej więcej podobnie wyglądaliśmy na własnym ślubie 🙂

Ślub w Maroku

Zacznijmy od tego, że ślub i wesele to dwie zupełnie różne rzeczy. No dobra, niezupełnie różne. Z oczywistych względów powiązane, ale dość często nie  odbywające się tego samego dnia. Ślub jest przede wszystkim dla młodych, wesele dla gości.

Ślubu udziela urzędnik, choć niekoniecznie w urzędzie. Najczęściej zapraszany jest do domu panny młodej i tam odbywają się wszystkie formalności. Specjalnie piszę “formalności”, a nie uroczystość, bo o ile wesele nie odbywa się w tym samym dniu, to ślub przypomina bardziej podpisanie najzwyklejszej umowy niż najważniejsze wydarzenie w życiu. Strojne suknie i piękne garnitury (tudzież inne szaty weselne, ale o tym innym razem) zarezerwowane są na wesele. A ślub? No cóż, dokumenty podpisać można nawet w dresie. Ważna jest obecność rodziców i dwóch-trzech dodatkowych osób z rodziny lub znajomych, którzy pełnią rolę świadków. Wystarczy podpisać dokumenty i już. A jednak nie.

Ile Cię będę kosztowała

Zanim Państwo młodzi podpiszą stosowne dokumenty najpierw trzeba wyłożyć kasę na stół. Ale nie dla urzędnika, a dla panny młodej. Zwyczajem, a wręcz obowiązkiem jest bowiem przekazać przyszłej żonie mahr, czyli odpowiedni prezent. Taki prezent, który w razie rozwodu nie jest sprawiedliwie dzielony, a pozostaje wyłącznie w posiadaniu kobiety. Ile? To zależy. Od tego jak dobrym negocjatorem jest przyszły teść 😉 Przyszła żona może (i zazwyczaj tak jest) określić stosowną kwotę. Może być też to złoto, albo dom. W zasadzie to wszystko, co przyjdzie jej do głowy.

Pozostanę przy swoim

Kiedy wszystko jest już ustalone nie pozostaje nic innego jak postawić stosowne parafki i po wszystkim. Żadnych przysięg, i że Cię nie opuszczę, ani że uczynię wszystko, aby. Ślub to naprawdę formalność, umowa, kontrakt. Cokolwiek młodzi (albo i niemłodzi) chcą sobie obiecywać, mogą to zrobić niezależnie, w dowolnym miejscu i czasie. Nie ma też uroczystego nałożenia sobie obrączek. Tak w zasadzie, to na pozór niewiele się zmienia. Nawet nazwiska pozostają te same. W Maroku nie ma czegoś takiego jak zmiana nazwiska po ślubie (no chyba, że ktoś bardzo chce, ale raczej się to nie zdarza). Zwyczajowo po ślubie z panem Nowakiem, pani Kowalska będzie przez wszystkich nazywana Panią Nowakową, ale w dokumentach pozostanie Kowalską.

mogłam zażyczyć sobie wielbłąda albo dwa w ramach mahr, ale jakoś na to wtedy nie wpadłam 

Ślub Polki z Marokańczykiem (w Maroku)

Dość o zwyczajach, czas opowiedzieć, jak to było u nas. Pamiętacie naszą historię o stertach dokumentów i wielogodzinnych przesłuchaniach, żeby dostać zgodę na ślub? Potem to już był pikuś. Jako że jestem w Maroku cudzoziemką ślubu nie mógł nam udzielić byle kto (byle kto z funkcją udzielania ślubów, of kors). Zamiast zwykłego “urzędnika” węzłem małżeńskim połączył nas sędzia sądu rodzinnego. Ten sam, który nam zgodę na ten ślub wydał. Jeśli myślicie jednak, że pięknie ubrani (albo chociaż nieco piękniej niż zwykle ;)) udaliśmy się do urzędu/sądu o umówionej godzinie, to się moi drodzy mylicie.

Kto czeka, ten się doczeka

Sędzia, jak to sędzia, jest bardzo zajętym człowiekiem. Ślubu zgodził się udzielić, jak znajdzie wolną chwilę. Czekaliśmy więc w napięciu na telefon, który miał nadejść nie wiadomo kiedy. I tak, gdzieś pomiędzy mieszaniem w garnku, a jedzeniem obiadu, Y. mówi “jedziemy”. Tak jak stałam wsiadłam do samochodu, razem z moim przyszłym mężem i przyszłym teściem. Zajechaliśmy pod dom sędziego i czekamy. Czekamy, czekamy i jeszcze czekamy. Wolnym krokiem nadchodzi sędzia i jeszcze jeden mężczyzna (jak się później okazało urzędnik z sądu, który miał być świadkiem naszego ślubu). Siadamy wszyscy w ciemnym eleganckim gabinecie bez okien. Znów pojawia się nasza słynna gruba teczka pełna dokumentów. Wręczamy nasze paszporty i zaczyna się spisywanie. Imiona, numery, miejsca urodzenia. Panowie nieprzerwanie dyskutują, a ja siedzę i nic nie rozumiem. Pada pytanie, tym razem po angielsku, ile pieniędzy otrzymuję od mojego męża w ramach mahr i gdzie one są. Teraz poproszę tu i tu o podpis. Sędzia podsuwa nam białe kartki przykryte białą tekturą z wyciętym okienkiem na miejsce, w którym ma być podpis. Szablon taki. Dziękuję, to wszystko. Akt ślubu będzie gotowy w przyszłym tygodniu.

Nic sobie nie ślubowaliśmy (wtedy). Podpisaliśmy papiery in blanco. Bez fajerwerków i oficjalnych oświadczeń zostaliśmy mężem i żoną. Jeśli jednak myślicie, że tak to moje zostanie Mrs Barhoun przeszło bez echa, to nic bardziej mylnego. Potem było wesele. Niewielkie. Na 100 osób. Ale o tym opowiem Wam innym razem 😉

zdjęcie autorstwa J.

Ps. żeby nie przegapić żadnych wpisów, śledźcie nas na facebooku, a więcej nas znajdziecie na instagramie The Barhounes i mrs_barhoun

One Comment

  • Meintotheroots

    Wow! Ale historia. W ogóle jaki świat jest cudowny taki zróżnicowany. Prawie jakbym czytała felieton Kobiety na krańcu świata 🙂
    Nie mogę się doczekać opowieści o weselu!
    Uściski ❤

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *