Związek (z)mieszany

Jak przetrwać w związku na odległość

Wyjechał 12 dni temu. Skreślam dni w kalendarzu. Kompulsywnie sprawdzam telefon, czy nie dzwonił, nie pisał. Jeszcze jeden dzień. A potem wrócimy do domu razem. Wpadniemy w błogą rutynę. Czasami będziemy się nudzić. Dzwonić wyłącznie po to, żeby zapytać, co kupić po drodze. Nie będziemy szukać wrażeń. W zapętleniu będziemy pytać, co zjemy później. Będziemy się denerwować, że znowu bałagan i że trzeba zdjąć pranie z suszarki. Będziemy pod jednym dachem, pod jedną kołdrą. Razem. Kto nie żył w związku na odległość, ten nie wie, jak ta proza smakuje. Jak zapiera dech w piersiach fakt, że on tam jest. Czeka. Nie 3000km dalej, ale te kilka kroków.

13 dni bez siebie. To takie nic w porównaniu do 969, które przeżyliśmy w związku na odległość. 2 lata, 7 miesięcy i 24 dni czekania. Odliczania. Przeplatania smutku i euforii. Było smutno. Było ciężko. Przetrwaliśmy.

Jak to jest być w związku na odległość?

Kiedy się zakochujesz, nie myślisz o tym, co będzie trudne. Czujesz się wszechmocna. Wiesz, że przetrwacie wszystko. Możesz góry przenosić. W głowie rysujesz plany i marzenia. Nie zastanawiasz się, czy to się uda, bo jesteś pewna, że tak. Jesteś na haju, speedzie endorfinowym. I spoko! Gdyby tak nie było, nikt nie porywałby się na takie szaleństwa. Gdyby tak nie było, to nie byłaby miłość. A już na pewno nie miałaby szans przetrwać.

Związek na odległość to nie jest sielanka. Tak, to dużo euforii i endorfin. Gdy nadchodzi godzina spotkania online. Gdy kupujecie bilety. Gdy lądujecie na lotnisku. Bywa bardziej ekscytująco niż gdybyście się widzieli na co dzień. Jesteś mistrzynią planowania urlopów, żeby było ich jak najwięcej i jak najczęściej. Wybierasz w samolocie miejsce od przejścia, choć uwielbiasz gapić się przez okno. Do perfekcji masz opanowane szybkie opuszczanie pokładu i ekspresowe przechodzenie kontroli. Do perfekcji umiesz też przeciągać przechodzenie przez bramki jako ostatnia, gdy czas na drogę powrotną.

Związek na odległość to nieustająca tęsknota. Niepewność. Niekończące się czekanie. Odliczanie. Odkładanie pieniędzy na bilety. Planowanie. Negocjacje z szefem.

To godziny rozmów. Spojrzeń. Tygodnie, miesiące bez dotyku. Bez pocałunku. Bez trzymania się za ręce. To zamykanie oczu, żeby się nie rozpłakać, gdy widzi się w tramwaju przytulającą parę.

To odpowiadanie na tysiące pytań. Na które nie chce się odpowiadać. O czym nie chce się rozmawiać. Na które nie zna się odpowiedzi. Osobom, którym nic do tego.

To lekcja zaufania. Nauka czekania. Cierpliwości. Pokory wobec losu. Wdzięczności za codzienność.

Co po związku na odległość?

Wiele związków nie przetrwa na odległość. Trudno jest tak ciągle tęsknić. Niektórych wykańcza niepewność, co ta druga osoba robi. Innych brak bliskości. Jeszcze innych konieczność podporządkowania życia wyjazdom i planowaniu wyjazdów (bo niemal cały czas się wokół tego kręci).

Część związków przetrwa na odległość i… rozpadnie się, gdy zacznie być związkiem bez odległości. Okaże się, że ich siłą napędową był ten dystans. To łapanie chwil. “Wakacyjne” życie razem. Skrawki dnia na łączach. Rutyna ich wykończy. Okaże się, że poza tym chwilami online, żyją zupełnie inaczej i nie chcą tego “inaczej” zmieniać. Może zaczną się nudzić. Może przestaną się starać. Może zaczną sobie działać na nerwy. Bywa i tak.

Walka o przetrwanie

To jak już powiedzieliśmy sobie, jak to bywa pięknie, a jak częściej bywa smutno, tęskno i źle, to teraz kilka słów, dla których ten wpis powstał. Jak my to zrobiliśmy, że te ponad 2,5 roku przetrwaliśmy. Czy to rady, które dają pewność i sprawdzą się każdemu? Nie. Dlatego jeśli jesteś w związku na odległość, przeczytaj, dostosuj i wybierz tylko te, które zadziałają dla Was. Tu nie ma gotowych recept i rozwiązań. Każdy musi znaleźć swój złoty środek, ale prawda jest taka, że czasami najprostsze rozwiązania są najlepsze.

Codzienny kontakt

To najłatwiejsza rzecz na świecie w dobie internetów i smartfonów. I moim zdaniem najważniejsza. Taką mieliśmy zasadę, żebyśmy nie wiadomo jak zajęci byli, musieliśmy chociaż wysłać sobie nawzajem jedną krótką wiadomość. Wiedzieć, że ta druga osoba ma się dobrze. Na początku rozmawialiśmy całe noce. Codziennie. Do dziś nie wiem, jak potem funkcjonowaliśmy w “normalnym” świecie 😉

Pisanie jest spoko i świetnie się sprawdzało, gdy mieliśmy tylko chwilę, albo byliśmy gdzieś, gdzie ciężko było głośno gadać. Ale to, co pomagało nam przetrwać, to rozmowy wideo. To wciąż niewiele, ale to taka namiastka normalności. I jakby nie było, większe zaangażowanie w rozmowę. Chociaż bywało i tak, że Y. siedział sobie z kolegami, grali w karty, a ja na łączu po drugiej stronie. Wtedy było ciężko (nie że te karty, tylko ogólnie), dzisiaj to miłe wspomnienie 🙂

Mieć plan

Można być najbardziej spontaniczną osobą na świecie, ale gdy ogranicza Cię etat, stan konta w banku i siatka połączeń tanich linii lotniczych, to ten spontan można sobie wsadzić. Bo można być na łączach internetowych i tak żyć, ale trzeba mieć jeszcze coś, co trzyma nas na powierzchni. Jakiś punkt, który jest naszym światełkiem w tunelu. Coś, do czego można odliczać i skreślać dni w kalendarzu.

Przez ten cały czas nasze życie toczyło się tym rytmem. Ledwo wracałam do Polski, już kombinowałam kiedy i jak znów. Czasem się udawało te plany robić szybciej i dokładniej. Czasem trzeba było dostosowywać się do rzeczywistości, innych ludzi, projektów.

Bywały spontaniczne sytuacje i nieplanowane wyjazdy. Jak wtedy, gdy wróciłam we wrześniu z mojego drugiego w tym roku wyjazdu (i jak myślałam ostatniego). A tu okazało się, że praca w korpo ma swoje plusy i mam NAKAZ wykorzystania w tym roku jeszcze pełnego dwutygodniowego urlopu.

Ogólnie mój plan był taki, żeby móc jak najczęściej jeździć, wybierałam wyjazdy ok. 10-dniowe. W piątek wychodziłam wcześniej z pracy, żeby czasem tydzień później niedzielną nocą wrócić niemal prosto do biura. Spałam na lotniskach, żeby optymalizować ten czas lotów z przesiadkami i jak najmniej tracić wolnych dni. Czasami widywaliśmy się co trzy miesiące. Najdłużej nie widzieliśmy się przez ponad pół roku. To, czego my chcieliśmy, mocno motywowało, ale czasami (np. zmieniając pracę) pewnych rzeczy nie dało się przeskoczyć.

Mieć większy plan

Można żyć od wyjazdu do wyjazdu i ciągnąć tak wiele lat. Ale jeśli to ma przetrwać i przekształcić się w coś “większego” to trzeba widzieć jakiś koniec życia na odległości. Zrobić jakiś plan. Mieć pomysł. I wiedzieć jak go zrealizować. I wcale niekoniecznie tego planu trzeba się trzymać. Nie o to w nim chodzi. Jasne, kiedyś musi powstać plan, który ostatecznie zostanie zrealizowany, ale nie ma nic w tym złego, jeśli po drodze zmieni się kilka razy.

Jeśli nie macie planu, to tak jakby biec i nie wiedzieć, gdzie jest meta, jak daleko jeszcze. Jak człowiek opada już z sił, to nie wie, czy jeszcze pocisnąć na ostatniej prostej, czy lepiej odpuścić. Mówię Wam, miejcie jakiś większy plan.

Żyć

Łatwo jest wpaść w pułapkę życia w innym wymiarze. Funkcjonować na skajpie, fejstajmie i innych komunikatorach. Ale szybko można tak wpaść w pułapkę. Tak, będzie Ci smutno, że to Twoje życie tu toczy się bez niego i że jego życie tam toczy się bez Ciebie. Ale jeśli nie będzie się toczyło, to jestem niemal przekonana, że prędzej czy później Wasz związek się rozpadnie. Bo jak długo można patrzeć sobie w oczy i nie robić niczego innego? Dlatego żyjcie, właśnie po to, żeby kiedyś Wasze wspólne życie też miało się wokół czego toczyć.

Wierzycie w związki na odległość?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *