Pani Córka

Jak przetrwać podróż samolotem z rocznym dzieckiem

Ten post miał się pojawić zaraz po naszym powrocie z Maroka, ale potem przyszło życie i jakoś nam nie po drodze było z pisaniem o przeszłości, gdy skupić się trzeba było na tu i teraz. Ale postanowiłam odgrzebać z pamięci swoje przemyślenia i podzielić się nimi z Wami, może komuś się przydadzą. Zanim jednak podzielę się z Wami tym, co sprawdziło i nie sprawdziło się u nas, najpierw refleksja.

Nie ma sposobów uniwersalnych, które sprawdzą się u wszystkich dzieci. Ba, nawet dla jednego i tego samego dziecka nie ma sposobów uniwersalnych, które sprawdzą się za każdym razem. I tu wyjawię Wam największą tajemnicę wszechświata – dzieci są dokładnie takie, jak dorośli. I w podróży też się czasami nudzą, czasami śpią, czasami wszystko jest dla nich interesujące, a czasem po prostu mają zły humor. Tylko w przeciwieństwie do dorosłych nie potrafią milczeć.

Przed lotem

Decyzja podjęta, lecimy. Ale najpierw bilet! I tu może nas spotkać niemiła niespodzianka. Bo mimo że dziecko małe, cena za bilet może być niemała. Każda linia lotnicza ma swoje własne zasady i czasami cena biletu dla małego dziecka jest symboliczna. Ja mam doświadczenie wyłącznie z Ryanairem. A w tej linii cena dla dziecka do lat 2. jest stała. 129zł. W cenie mamy dziecko na kolanach (nie przysługuje osobne miejsce dla bobasa) i możliwość zabrania dwóch akcesoriów dziecięcych typu wózek, fotelik samochodowy, łóżeczko turystyczne itp. Ach i mała torba podręczna z gadżetami dla malucha. No i spoko, jeśli nasz bilet jest droższy. Gorzej jeśli nasz bilet kosztuje 39zł, a za dziecko wciąż musimy zapłacić ponad 3 razy więcej. Jest jednak tajemny (bo Ryanair się tym nie chwali) sposób, żeby to obejść. Trzeba potraktować swoje dziecko jak dorosłego. Zamiast biletu dla niemowlaka wybieramy bilet dorosły. Zamiast danych dziecka wpisujemy “Extra Infant Seat“, a następnie kontaktujemy się z Biurem Obsługi Klienta (polecam przez czat) i prosimy o zmianę tych danych. Tym samym nie tylko oszczędzamy, ale też zyskujemy dodatkowe siedzenie (i nasze miejsca z automatu muszą być obok siebie).

Jedyny “problem” jaki nas napotkał przy tym triku za każdym razem, to brak możliwości wydrukowania/pobrania biletu samodzielnie. Ale można to zrobić bezpłatnie na lotnisku. Czasem tylko zajmuje to dłuższą chwilę, gdy obsługa nie ma w takich rezerwacjach doświadczenia i musi wykonać kilka telefonów.

Nadawać, czy nie nadawać – oto jest pytanie

Zawsze kusi nienadawanie bagażu i zabieranie wszystkiego ze sobą na pokład. Bo nic nie zginie, nie trzeba odstać w kolejce, żeby bagaż nadać, a później odebrać. W przypadku podróży z dzieckiem powiem Wam jedno – nadajcie, co tylko możecie. Wolne ręce to podstawa, a i tak przecież macie jeszcze torbę podręczną, albo dwie. Pozbycie się bagaży już przy samym wejściu na lotnisko to moja podstawowa zasada. A do odprawy bagażowej i tak i tak zapewne stać będzie, a to żeby wydrukować Wasz dodatkowy bilet (patrz wyżej), a to żeby obkleić i/lub nadać wózek.

Czy można zabrać wózek do samolotu?

No właśnie, co z tym wózkiem. Macie dwa wyjścia – nadać go już przy odprawie bagażowej, albo zabrać ze sobą i oddać dopiero przed wejściem do samolotu. Podczas każdego z naszych lotów wybieraliśmy opcję numer dwa. Szczególnie, gdy leciałyśmy z I. same to rozwiązanie wydawało mi się lepsze, bo mogłam na spokojnie wypakować wszystko przy kontroli, a ona grzecznie (mniej lub bardziej ;)) siedziała w wózku. Wózek przydawał się też, gdy ona wcale nie chciała w nim siedzieć, ale za to miałam gdzie wpakować nasze torby podróżne.

Myślę, że oba rozwiązania mają swoje plusy i minusy. Oddając wózek już przy nadawaniu bagażu możecie go ofoliować, co daje większą pewność, że wózek nie zostanie zniszczony. Nie będziecie nim musieli przejeżdżać przez kontrole (ale o tym za chwilę). Z drugiej jednak strony wózek to dla wielu z nas wygoda i odpoczynek dla rąk i pleców. My na wszystkich lotach oddawaliśmy wózek dopiero przy wsiadaniu i zaraz przy wysiadaniu czekał już na nas na płycie lotniska.

To, co ja zmieniłabym dziś, to sam wózek. Korzystamy z naszego wózka, który najpierw był gondolą, a teraz jest spacerówką i ani on do najmniejszych nie należy, ani się łatwo nie składa. Już rozumiem tych, którzy na wyjazd kupują małą “parasolkę”.

Akcja organizacja

Moim zdaniem kluczem do sukcesu jest odpowiednie spakowanie się. Banał, ale zlekceważenie go może być bolesne. Bardzo bolesne, bo wiele tu czynników zewnętrznych, które nas ograniczają. Mała przestrzeń, ściśle określony czas, obcy ludzie, dużo obcych ludzi. A gdy już lecicie brak możliwości wyjścia w każdej chwili, można poczuć się jak w więzieniu. Dlatego trzeba to sobie ułatwić. Minimum bagaży, toreb i torebeczek. A wewnątrz bagażu – wewnątrz postawcie właśnie na torby i torebeczki. Zdecydowanie łatwiej się żyje, gdy zabawki są z zabawkami, jedzenie z jedzeniem, a w osobnym woreczku zestaw do przebrania. Umówmy się, nie ma nic gorszego, gdy trzymasz na kolanach dziecko, miejsca masz tyle, że nie możesz wyprostować ręki, a żeby znaleźć ulubioną zabawkę musisz wyjąć z torby wszystko.

Jak wyglądają kontrole na lotnisku z dzieckiem?

O tutaj to się przydaje organizacja razy milion. Zwłaszcza jeśli podróżujecie w pojedynkę, bo nikt Was z dzieckiem nie przepuści bez kontroli (raczej). Na żadnym z czterech lotnisk, na których byliśmy nie było też priorytetowej kolejki dla rodzin z dziećmi. Ach nie, teraz bym skłamała. Przy kontrolach paszportowych po przylocie w Rabacie i Brukseli zostaliśmy poproszeni do osobnych kolejek. Ale jeśli chodzi o kontrolę bagażu, to trzeba odstać swoje. I dać się porządnie prześwietlić.

Co można zabrać podróżując z dzieckiem – jedzenie

Żeby nie było, podróżując z dzieckiem mamy też przywileje. Możemy zabrać ze sobą jedzenie dla dziecka, również w formie płynnej. Nam super sprawdziły się tubki z musami, nawet w większych ilościach przechodziły przez kontrolę. Możemy też zabrać wodę dla dziecka, ale ile tej wody możemy zabrać, to już zależy od konkretnego lotniska. We Wrocławiu, Brukseli i Maroku mieliśmy ze sobą zarówno bidon z wodą, jak i normalną butelkę – przeszło bez problemu. W Londynie bidon ok, ale butelki z wodą musiałam się pozbyć. Powiedziano mi, że mogłabym mieć trzy bidony i nie ma problemu, ale sklepowa butelka nie przejdzie. Dziwne, ale prawdziwe. Co ważne, wszystkie “płynne” rzeczy dla dziecka należy pokazać przy kontroli. Możecie zostać poproszeni o spróbowanie lub coś może zostać przeskanowane w dodatkowej maszynie (ta druga opcja przytrafiała nam się zawsze). Czy ja już powiedziałam, że te rzeczy dla dzieci nie podlegają standardowym ograniczeniom dla przewożenia płynów? No, to jeśli nie powiedziałam, to teraz mówię.

Wózek dziecięcy podczas kontroli lotniskowej

Każda kontrola, którą przechodziliśmy wyglądała inaczej pod kątem podejścia do wózka. We Wrocławiu kazano mi wózek rozłożyć, odkręcić kółka i przepuścić wózek przez maszynę ze wszystkimi bagażami. Ja tu z dzieckiem na ręku, co robić. Zobaczyć, że wokół są ludzie i oni zazwyczaj rozumieją i są chętni do pomocy. Tu pomogła nam pani z obsługi, która przejęła na chwilę mojego brzdąca. Wózek rozłożyłam, ale kółek odkręcić nie umiem. Żeby nie było, nawet dzień wcześniej obejrzałam filmik w internecie jak to zrobić, ale sorry, coś nie działa. Pan strażnik przyszedł z odsieczą, kółka odkręcił i nawet pokazał na przyszłość jak to zrobić. Psikus tylko był taki, że jak już wózek przejechał taki rozłożony na drugą stronę, razem z pierdyliardem naszych rzeczy, a ja przeszłam z Młodą na rękach, to już nie było nikogo do pomocy, żeby wózek złożyć i to wszystko ogarnąć. Gdy już miałam usiąść na podłodze i zapłakać (dobrze, dobrze, trochę przesadzam), to pojawiła się obok nas starsza Pani, która przejęła moje dziecko, a ja mogłam złożyć wózek (i uwalić się przy okazji cała smarem) i ogarnąć nasze rzeczy, zapominając zabrać jedynie laptopa 😉

W Londynie wystarczyło wyjąć wszystko z wózka, a osoba z obsługi przejęła wózek, przejechała nim przez standardową bramkę, trochę go jeszcze obmacano i puszczono nas dalej. W Rabacie znów poproszono nas o odkręcenie kółek, ale ja się nie uczę na swoich błędach i mimo trzech osób walczących z wózkiem nie udało nam się tego ogarnąć. Wózek przejechał więc ostatecznie przez bramkę, nikt nie robił z tego tytułu problemów. W Brukseli znów wystarczyło wszystko wyjąć z wózka, sama mogłam go przepchnąć przez bramkę i po sprawie.

Jak dziecko przechodzi kontrolę na lotnisku

Moje dziecko nie chodziło jeszcze, więc i kontroli nie przeszło. Ha ha ha. A na serio, to nikt mnie nawet na żadnym lotnisku nie pytał, czy dziecko chodzi, tylko zapraszano mnie do przejścia razem z Młodą na rękach. Nic szczególnego, nic innego. Najkrótszy akapit w historii bloga, dziękuję za uwagę 🙂

Czekamy na samolot z dzieckiem

I tu w zależności od lotniska, pory dnia, ilości innych pasażerów to czekanie może być łatwiejsze lub trudniejsze. Większość lotnisk ma pokoje dla rodzica z dzieckiem. Czasem to tylko przewijak z toalecie dla niepełnosprawnych, ale częściej miejsce gdzie możecie w ciszy i spokoju przewinąć i nakarmić malucha. Takiego pokoju nie znalazłam tylko, o ile mnie pamięć nie myli, na marokańskim lotnisku. Tam za to, w odróżnieniu od pozostałych, był mały kącik do zabawy z atrakcjami dla dziecka. Ale powiedzmy to sobie szczerze, dla większości dzieci lotnisko samo w sobie jest atrakcją. Wystarczy przykleić nos do szyby i obserwować samoloty. Albo pozaczepiać współpasażerów 😉 Panna I. na londyńskim lotnisku odkryła przyjemność z raczkowania i od tej pory nieśmiałe próby przerodziły się w długie podróże na czworakach (a od tamtej pory to już nawet małą homo erectus wyprostowało i odkryła, że można się też przemieszczać na dwóch nogach).

Czas na samolot

Tu mogłoby się wydawać, że już z górki. Zanim jednak zajmiemy miejsce w samolocie, musimy się do niego przemieścić. Dla mnie to był zawsze moment, żeby przełożyć I. do nosidła, a wózek mieć już gotowy do oddania przed wejściem do samolotu. Widzieliśmy mamę z dwójką dzieci, walizkami, która dopiero przed samolotem zaczęła wypakowywać milion drobnych rzeczy spod wózka, które nie miały swojego miejsca w torbach. Koniec końców Y. porzucił nas i pomógł jej. I pewnie zazwyczaj ktoś znajdzie się do pomocy, ale po co ten stres.

Jeszcze jedno, ja opóźniam stawanie w kolejce do gate’u jak najbardziej się da. Jeśli mamy przydzielone miejsce, to nie ma sensu stać długo najpierw w jednej kolejce, potem w kolejnej i jeszcze wydłużać czasu spędzonego na pokładzie. Warto jednak rozeznać się, czy do przejścia na terminal nie trzeba pokonać schodów. Taka niespodzianka spotkała nas we Wrocławiu, ale że zgadałam się z inną mamą, która już to wcześniej wiedziała, to zagadałyśmy do przechodzącej obsługi, która pokierowała nas do windy. W Londynie natomiast nie ucząc się na własnych błędach, nie zapytałam, czy są schody, a na ostatniej prostej nikt nie pokierował nas do windy. I tak skończyłam z Młodą w nosidle, torbą na ramieniu, ciągnąc za sobą wózek po schodach. Nie polecam.

Na pokładzie

Uff, w końcu jesteśmy w samolocie. Zanim jednak dobrze usiadłyśmy, usłyszałam najpierw przed sobą, a później za sobą “O nie, dziecko”. Ja wiem, rozumiem, że może nie być to wymarzone towarzystwo podróży. Pomyślcie jednak o tym i tak już zestresowanym rodzicu. Czy mu to pomoże? Nie sądzę. Czy Tobie ulży? No niekoniecznie. Może warto więc zacisnąć zęby i spróbować przetrwać/poczekać na rozwój wypadków (bo żeby zaoferować w razie czego pomoc, to nawet nie śmiem sugerować. Ale tak właśnie było w samolocie z Marokańczykami, którzy zabawiali małą I. i nie dali mi w żaden sposób odczuć, że przeszkadza im chwilowy zły humor mojej dziewczyny. Dzięki temu ja szybciej wyluzowałam, a I. poprawił się humor). A nasz rozwój wypadków był taki, że w dwóch z czterech lotów Młoda kimała jeszcze zanim samolot oderwał się od ziemi i problem był tylko potem, żeby wysiąść i jej nie obudzić.

Zabawki do samolotu

A co z pozostałymi lotami? Tu już drzemka była krótsza, a panna I. potrzebowała trochę rozrywek. Spacer po pokładzie, proszę bardzo. Zaczepianie współpasażerów – mile widziane, jeśli tylko sami wykazują takie chęci. Przygotowana na najgorsze miałam nawet ściągnięte jakieś bajki na telefon (#najgorszamatka), ale zupełnie nie cieszyły się one zainteresowaniem. Co innego małe przekąski (chrupki i wafelki to zawsze dobry pomysł). I generalnie wszelkie małe przedmioty. Wzięliśmy coś nowego – małe gumowe zabawki do kąpieli (w razie czego łatwo umyć) i to był strzał w dziesiątkę, do dziś są najlepszymi przyjaciółmi. Do tego mnóstwo losowych przedmiotów z torebki mamy (papa ochronna pomadko i moje małe lusterko, które zaginęłyście gdzieś pod siedzeniami) i nowe książeczki w miękkich okładkach. Nie było tak źle 🙂

Ciotka dobra rada

Na koniec kilka moich przemyśleń. Po pierwsze – dobrze się przygotujcie, spakujcie z głową i przyjedźcie trochę wcześniej na lotnisko. Po drugie – wyluzujcie. Wiem, że łatwo się mówi, ale co ma być to będzie. Wszystkiego nie da się przewidzieć, dziecka nie da się zaprogramować. A Wasz luz udzieli się potomstwu. Po trzecie – najlepsze dziecko w samolocie to śpiące dziecko. Dlatego jeśli to tylko możliwe zaplanujcie lot na godziny snu (u nas świetnie sprawdziły się takie ok. 6 rano) i wymęczcie je porządnie na lotnisku 😉 Po czwarte – proście o pomoc obcych ludzi zawsze, kiedy tego potrzebujecie, a już szczególnie obsługę. Na 99% nikt Wam nie odmówi.

I pamiętajcie, nawet jeśli ktoś będzie burczał pod nosem, czy stroił miny, przetrwacie te kilka godzin. To tylko kilka godzin, a może się okaże, że Wasze dziecko to egzemplarz małoproblemowy (w samolocie, bo podróż samochodem, to zupełnie inna historia ;)).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *