Bez ładu i składu,  Pogadajmy o życiu

Dream big, czyli jaki był ten 2019

Poprzedni rok po raz pierwszy zaczęłam z one little word. Powiedziałam sobie wtedy cicho i nieśmiało: dream big. I pozwoliłam sobie marzyć. Pod koniec 2018 i na początku 2019 snuliśmy z Y. śmiałe wizje, popuszczaliśmy wodze fantazji. Zarysowywaliśmy nawet jakieś plany, harmonogramy. W głębi serca myślałam jednak, że na tym się to wszystko skończy. Że zabraknie nam odwagi, że wybierzemy stare, ale pewne. Że coś pójdzie nie tak i się nie uda. I oczywiście, nie wszystkie plany zrealizowaliśmy, nie wszystkie marzenia spełniliśmy. Nie wszystko jest idealnie. Ale bum! Zrobiliśmy to! A teraz po kolei, jak nam minął poprzedni rok.

Zima, czyli wygrzewamy się w słonku i mama wraca do pracy

Początek roku to wciąż jeszcze nasz duet z I. w domu. Kończył mi się macierzyński, ale jeszcze miałam dużo zaległego urlopu. W styczniu byłyśmy głównie we dwie, wypuściłyśmy Y., żeby przetarł nam marokańskie szlaki, a my zostałyśmy na kilkanaście dni same. Dziś już czas zatarł te wspomnienia, nie pamiętam nawet, ile tych dni było. Ale pamiętam, że ten czas dał mi taki wiatr w żagle jako mamie. Że poczułam, że przecież ja daję radę, że mogę już zburzyć w głowie ten mur czekania, aż Y. wróci z pracy.

Potem panna I. Skończyła pierwszy rok życia. Zamiast ogromnego tortu była wegańska nieudana beza z kremem wyjadana z kieliszków. I była ta mała dziewczynka, która przeszła po przekroczeniu tej magicznej granicy transformację. Z przyczepionej do nogi dziewczynki stała się bardziej odważną i niezależną. I w końcu zaczęła porządnie raczkować, choć chyba nikt już nie wierzył, że kiedyś to nastąpi.

A zaraz po świętowaniu urodzin spakowałyśmy walizki i poleciałyśmy w stronę słońca. Te trzy tygodnie w Maroku to był super czas. Wszyscy potrzebowaliśmy nowej energii, nowych widoków i tego czasu razem. Super było znów pobyć z moimi teściami i patrzeć na ich relację z I. Podróżowaliśmy, odwiedzaliśmy i dużo jedliśmy. A potem, wróciliśmy do rzeczywistości.

Po powrocie z wakacji trzeba było spojrzeć prawdzie w oczy. Od marca miałam wrócić do pracy. Na szybkości znaleźliśmy więc żłobek, który wtedy wydawał się super wyborem. Ja panikowałam, bo jak ta córeczka mamusi przetrwa pół dnia beze mnie (co było oczywiście przesadą, bo do żłobka chodziła na początku na 4 godziny), no i jak mam się nie zatęsknić na śmierć. Okazało się jednak, jak zwykle, że strach ma wielkie oczy. Żłobek okazał się ulubioną miejscówką małej dziewczynki, a i mi powrót do pracy dobrze zrobił.

Wiosna, chorujemy, jemy smażony ser i tata vloger

Wiosnę powitaliśmy wyprawą do Pragi. To była taka nasza nagroda za pierwszy miesiąc ogarniania nowej rzeczywistości. Było super i prawie relaksująco, gdyby nie dwie wiadomości, które nam wtedy spadły na głowę. Od poniedziałku żłobek I. miał przestać istnieć, a kondycja mojej firmy była tak słaba, że nie wiadomo było jak długo jeszcze przetrwamy. To właśnie wtedy nasze największe marzenie umiejscowiliśmy w czasie. Zdecydowaliśmy, że najpóźniej w lecie wyjeżdżamy z Polski.

Szybko udało nam się znaleźć nowy żłobek i ten był więcej niż super. Niektórzy wcale nie chcieli z niego wychodzić. Ale bywali w nim w kratkę, bo wiosna, to były nieustanne choroby. Cały czas kombinowaliśmy, bo I. W kółko chorowała. A więc ja większość tego czasu spędzałam na home office, wstając o 4 rano, żeby obrobić się z robotą, zanim mały człowiek wstanie. 

Od Pragi też się zaczęło nasze życie z kamerą. Y. po latach marzeń założył swój kanał na YouTube. I wkręcił się we vlogowanie, montaż i wszystkie okoliczne tematy. I strasznie fajnie było mu w tej przygodzi towarzyszyć i patrzeć jak się rozwija. Tak fajnie, że chwilę później też mi się zachciało vlogować, ale to już było w kolejnym kwartale.

Wiosną intensywnie próbowaliśmy się spakować, ogarnąć swoje życie. Pozbywaliśmy się rzeczy, sprzątaliśmy i załatwialiśmy ważne sprawy. Odkładaliśmy też każdy grosz, żeby jakoś przeżyć początki na emigracji. I rzuciliśmy monetą, gdzie w końcu jedziemy.

Lato, czyli pakujemy walizki, jesteśmy przerażeni i rozstajemy się

I tak też na początku lipca wsiedliśmy w samolot i wylądowaliśmy w Oslo. I zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia. I jak to w każdej miłości, nic nie było proste. Co prawda szybko znalazłam pracę, ale już z mieszkaniem tak łatwo nie było. Po dwóch przeprowadzkach i braku perspektyw na coś na stałe, zdecydowaliśmy że Y. I I. Wracają na trochę do Polski, a ja wchodzę w tryb współdzielenia pokoju z obcą osobą.

Pocieszyliśmy się chwilę tym latem w mieście, ale przeplatał się on mocno z obawami, wątpliwościami i atakami paniki. Nic nie było pewnego. Niby miałam dwie prace, ale nawet jeden etat mi się z tego nie składał. Pieniądze uciekały z konta, na załatwienie formalności mieliśmy czekać miesiącami. Nie ma co się oszukiwać, zadawaliśmy sobie wtedy pytania “Co teraz? Co robić? Zostać? Wracać?” Jakąś setkę razy. I zostaliśmy. A w zasadzie ja zostałam sama.

Ogarnęłam urzędy, konto w banku, porzuciłam pierwszą pracę, ale znalazłam inną. Kiedy Y. i I. Tymczasowo wygrzewali się w Maroku, ja znalazłam w końcu mieszkanie na wynajem i wszystko zaczęło się powoli układać. 

Jesień, czyli razem najlepiej, praca, praca, praca i jesteśmy zmęczeni

I mogłoby się wydawać, że tu nastąpi sielanka. Zły arab nie porwał mojej małej córeczki. Ba, jest najlepszym tatą ever i przez ponad miesiąc dał radę mieć wyłączną odpowiedzialność za nią przez 24 godziny na dobę. Mówię Wam, podziwiam samotnych rodziców na maksa. We dwójkę jest milion razy łatwiej. Ich powrót do Oslo to jednak nie tylko wielkie szczęście, ale i wielkie zmęczenie.

Póki co jest, jak jest. Być może (uprasza się o trzymanie kciuków) bardzo niedługo się to zmieni, ale Y. nie ma jeszcze prawa do podjęcia pracy. A to oznacza, że ja pracuję dużo i intensywnie, już mi się to spokojnie wszystko składa w ponad jeden etat. W grudniu pracowałam siedem dni w tygodniu. Y. nadal jest pełnoetatowym tatą, z ogarnianiem chaty i innych rzeczy włącznie. I żadnemu z nas nie jest łatwo w tej sytuacji. Ja jestem zwyczajnie zmęczona, chciałabym wolnych weekendów i byczenia się na kanapie. On chciałby do ludzi, do czegoś więcej niż gotowanie, sprzątanie i bawienie się lalkami. 

To był rok trudnych decyzji. Kompromisów z samą sobą. Rezygnacji. Czasem żalu. To nie był łatwy rok. Brakowało czasu. Brakowało organizacji. Czuliśmy się czasem zagubieni, mieliśmy wątpliwości, czy dobrze robimy. Był czas rozłąki i tęsknoty. Poczucia odpowiedzialności. Ale dziś mam poczucie, że tak, udało się. Wiele jeszcze przed nami. Wiele niewiadomych, marzeń, planów. Ale przecież dziś jest fajnie. Ciężko, ale fajnie. I ta ulga, że ruszyliśmy swoje życie, że idziemy w kierunku, którego oboje (sorry I., ale póki co jeszcze niewiele masz do gadania ;)) chcieliśmy. Przewróciliśmy naszej rodzinie życie do góry nogami, ale najważniejsze jest to, że mamy nieustannie poczucie, że dobrze zrobiliśmy. 


A co w 2020? Znów dużo planów i marzeń. Chyba już mniej szalonych. Więc one little world na ten rok też już inne. Ale póki co nic nie zdradzam, okaże się w praniu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *