Pani Matka

Dlaczego nie wierzę matkom polkom?

Mam wrażenie, że matki dzielą się na dwa obozy. Ten, w którym macierzyństwo to najlepsze co je spotkało, nic co przed i po dziecku nie ma sensu, z dzieckiem wszystko można, w niczym nie przeszkadza i jest najpiękniej, najlepiej, brokat, jednorożce, tęcza (chciałoby się dopisać: i rzyg). Oraz ten, w którym dziecko dezorganizuje, demotywuje, z dzieckiem nie można niczego, nawet umyć włosów, zjeść śniadania, kawa tylko zimna, mieszkanie zapuszczone i niechże ono już pójdzie do szkoły. I teraz naszła mnie refleksja, że czytający ten blog przypiszą mnie zapewne do obozu numer dwa. O mamo, mamo, po co mi był ten sarkazm i ironia? 😉

cierpietnica

Okej, trochę przerysowuję ten podział i owszem, istnieje coś pomiędzy. Niemniej jednak te dwa dyskursy wydają się być dominujące. Matki-polki-cierpiętnicy oraz matki-polki-idealnej. Pierwsza chodzi w wyciągniętym dresie, poplamionej koszulce męża, włosach zamotanych na czubku głowy. Zajada czekoladkę za czekoladką, zapija zimną kawą, tą samą przez cały dzień i nie może zrzucić pociążowej wagi. Wiele by zrobiła, gdyby tylko mogła, ale no, nie może, bo dziecko. Druga za to full make up, kiecki i obcasy, a siwy włos nie schańbi jej najmodniejszej fryzury. Odżywia się zdrowo, 5 razy dziennie. Podróżuje, bywa na kawkach, drinkach i imprezkach. Dziecko we wszystkim towarzyszy grzecznie sobie śpiąc w wózku lub też grzecznie śpiąc w łóżeczku w domu pod najlepszą opieką. Żadnej z nich nie wierzę.

Może istnieją pojedyncze przypadki na świecie, które rzeczywiście są tak idealne lub tak cierpiące. Ale to są wyjątki od reguły. Procent jakiś, jeśli nie promil matek na świecie. A zdecydowana większość, jak to w rozkładzie normalnym znanym też jako rozkład Gaussa (ha! jeszcze coś pamiętam z tej statystyki), jest gdzieś po środku. Uwaga, odkrywam Amerykę. Nie ma dzieci idealnych, ani matek idealnych. Tak jak nie ma dzieci totalnie “beznadziejnych”, z którymi nic nie da się zrobić. Powiem Wam jednak prawdę – ja się dałam nabrać na te bajki. Pamiętacie, jak kiedyś pisałam, że w ciąży nałogowo obserwowałam instagrama i instamatki? No właśnie. Niby człowiek wie, że “internety kłamio” i to tylko wąski wycinek rzeczywistości. Niby wie, że świat jest tam lekko (albo i wcale nie lekko) podkoloryzowany. Ale jednak, gdzieś w kącie mózgu zapisał mi się obraz. Matek idealnych. Tak, tak, o tych nieidealnych też czytałam, ale to głównie na forach. No bo gdzie te matki, w piżamach i z tłustymi włosami, z zimną kawą i wrzeszczącym dzieckiem, miałyby czas cyknąć fotkę i jeszcze odwagę wstawić ją na insta. Obraz matek idealnych poddawał też w wątpliwość prawidłową organizację życia matek-cierpiętnic. A te idealne robiły piękne zdjęcia bobasom w pościeli o poranku. Cudne fotki drzemiących bąbelków z ich przytulankami. Do tego, wiadomo, forma sama się nie zrobi, więc tu cyk, sałatka, a wieczorem, cyk, trening. W międzyczasie, cyk, kawka na mieście. I cyk, perfekcyjny make up. Ja wiedziałam, że to wszystko nie jest cała prawda, ale reszty prawdy nie widziałam, nie miała więc ona jak w moim mózgu zakiełkować. I potem nagle, bach. Jest bobas. Ale nie chce robić słodkich min o poranku. Nie drzemie z przytulanką. Ba, prawie nigdy nie drzemie, a jeśli już, to na pewno nie w pozycji, którą można by sfotografować. Matka wciąga kanapkę albo odgrzane resztki, uważając by bobasowi nie nakapać na głowę. A wieczorem? Zasypia z głową na klawiaturze i nawet nie pomyśli, żeby wyciągnąć matę i poćwiczyć. Mogłaby się zrelaksować kawką na mieście, gdyby tylko dziecko nie nienawidziło wózka, który i tak trzeba znieść z drugiego piętra, co jest lekko awykonalne (z resztą, co sądzę o rodzeniu dzieci zimą, to już wiecie ;)). Och, czyli jednak obóz matek-cierpiętnic. A nie!

Bo ja dzisiaj bywam na kawce na mieście, noszę sukienki, a i make up mi się zdarzy (jak mi się zachce). Mam czas na książki (no dobra, nie zawsze), choć przez pierwsze pół roku czytałam tylko o różnych niemowlęcych objawach. Mam czas na serial i ciepłą kawę (taka wymówka, jak dziecko drzemie tylko w bliskim towarzystwie matki). Mam nieustający chaos w domu i zawsze wiszące pranie na suszarce. W 5 na 7 przypadków mamy coś pysznego domowego na obiad (i nie mam tu wcale na myśli pierogów z baru mlecznego). Bywają dni, że młoda nie schodzi z rąk, ewentualnie pleców. Bywają dni, że interesują ją wszystko inne i matka może się ponudzić. Bywam zmęczona i czasem marzę o jednym dniu w totalnej samotności. Najczęściej uśmiecham się przez zdecydowaną większość dnia. Nic nie bawi mnie tak jak jej śmiech i nic nie wzrusza tak, jak gdy uczy się czegoś nowego. Bywa nudno i powtarzalnie, ale nie zamieniłabym tego czasu z nią na nic innego. Czasem, gdy Y. zabiera ją na spacer, to ja po pół godzinie dzwonię i pytam, czy mogę dołączyć, bo już tęsknie. Złoszczę się, gdy budzi się po raz siedemnasty i gdy nie chce nawet 5 minut pobawić się sama. Jestem człowiekiem. I ona jest człowiekiem. Mamy swoje humory, nastroje, emocje. Bywa różnie, nieprzewidywalnie. I może nie mam racji, ale takie właśnie jest macierzyństwo większości z nas. Wieczna sinusoida, ciągłe zaskoczenia.

idealna.png

A teraz zdradzę Wam sekret 🙂 Znacie naszego multi-kulti instagrama? To ja trochę w tajemnicy, a trochę nie, prowadziłam sobie drugiego, o tu tu. I dzisiaj chyba dojrzałam, żeby się nim z Wami podzielić. Nie, żeby go jakoś specjalnie ukrywała, ale jakoś chyba był dla mnie bardziej intymny. Bo wiecie, ja tam jak prawdziwa instagramerka (hahaha, nawet mnie to bawi) wrzucam tam śniadania i obiady, kubki z kawą i przeczytane książki. I dziecka mojego dużo dość. Ale nie dlatego Was tam zapraszam. Dopiero niedawno sobie uświadomiłam, że to konto jest trochę taką moją misją. Takim odczarowaniem, pokazaniem macierzyństwa bez fikcji. Z dobry i złym. Będzie mi miło jak zajrzycie 🙂

Ps. żeby nie przegapić żadnych wpisów, śledźcie nas na facebooku, a więcej nas znajdziecie na instagramie The Barhounes i mrs_barhoun.

One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *