Z pamiętnika emigrantów

Czy myśmy oszaleli? Czyli co robimy w Oslo

Nie da się ukryć, trochę zewsząd zniknęliśmy, a z bloga to już w ogóle. Ostatnie półrocze to była istna sinusoida. Los płatał nam figle. Sami sobie komplikowaliśmy i wymyślaliśmy. Życie, życie, jest nowelą 😉 I kiedy mogłoby się w końcu wydawać, że nasze życie może w końcu nabrać jakiegoś rytmu i przeminęły choroby (odpukać tfu tfu), to my postanowiliśmy oszaleć. Na koniec maja złożyliśmy wypowiedzenia z pracy, żłobka i nawet z internetu i postanowiliśmy pojechać w świat. Tak na prawdę, to postanowiliśmy to już chwilę wcześniej, ale to był ten moment, kiedy przestaliśmy odkładać to na nieokreśloną przyszłość, klamka zapadła.

Dlaczego postanowiliśmy wyjechać z Polski?

Na to pytanie odpowiedzieliśmy już co najmniej dziesiątki razy. A pewnie odpowiemy jeszcze setki. Jednych nasze argumenty przekonują, innych nie. Ważne, że przekonały nas, bo prawda jest taka, że nikt kto nie jest w naszej sytuacji, nigdy nas do końca nie zrozumie.

Czy w Polsce było nam bardzo źle? Żyło nam się całkiem przyzwoicie. Mimo licznych przebojów z urzędami na przykład i momentów, gdy pracowało tylko jedno z nas, nie musieliśmy liczyć każdej złotówki. Czy lekko nam to przychodziło? Niekoniecznie. Y. przez długie okresy czasu pracował po kilkanaście godzin dziennie. I choć swoją ostatnią pracę lubił, to i tak chcieliśmy mieć tej rodziny razem więcej. Ale żeby było jasne, nie ze względów finansowych wyjechaliśmy, choć jasne, że aspekt emigracji, który pozwala na lepsze i stabilne zarobki jest nam miły. Cały czas jednak (a już szczególnie od kiedy na świecie pojawiła się panna I.) mieliśmy poczucie, że to życie w Polsce jest takie nienajgorsze. Ale nienajgorsze oznacza też nienajlepsze. Czuliśmy, że z różnych względów można żyć lepiej. Że są miejsca, gdzie jest większa otwartość, większy szacunek do drugiego człowieka pod różnymi względami. Gdzie człowieka zawsze traktuje się jak człowieka, a nie jak numerek, akta sprawy, czy podrzędnego (w pracy na przykład). Ostatnie dwa i pół roku było wisienką na torcie tych przemyśleń, ale składniki na ten tort to ja zbierałam przez trzydzieści lat. Być może nasze wyobrażenia, że jest gdzieś lepszy świat są błędne. Być może za jakiś czas powiemy, że sorry, ale pomyliliśmy się i wracamy. Być może. Ale przynajmniej wtedy nie powiemy, że nie spróbowaliśmy. A musieliśmy spróbować, żeby się nie bać.

Nie chcemy się bać

Tak, rasizm jest wszędzie. Złe rzeczy dzieją się wszędzie. Ale mam poczucie, że w Polsce jest na rasizm przyzwolenie. Jest przyzwolenie, żeby głośno mówić nieprawdę. Żeby obrażać innych ludzi. Nie tylko z resztą ze względu na inny kolor skóry, czy wyznanie. Możecie się ze mną nie zgodzić, możecie uważać inaczej. Ale to ja, za każdym razem, gdy Y. przez dłuższy czas nie odbiera telefonu, albo wychodzi gdzieś wieczorem, rozmyślam, czy nic mu nie jest. Bo znam te wszystkie historie bliższe i dalsze, gdy kogoś za kolor skóry zaatakowano, wybito zęby, złamano kręgosłup, albo tylko spoliczkowano. Może skala nie jest ogromna (nie znam oficjalnych statystyk), ale to wszystko dotyka ludzi, których znam.

Nie chcę się martwić o przyszłość. O to, że moje dziecko będzie wytykane w szkole. Że będzie piętnowana, bo jej tata jest Arabem, muzułmaninem. Chcę, żeby czuła, że ma absolutną dowolność wyboru bycia kim chce. Że będzie uczona w szkole faktów, a nie czyichś wyobrażeń.

Kiedy mówię o tym strachu o I., często słyszę, że przecież po niej nie widać pochodzenia, nie ma szczególnie ciemnej skóry, to może nie będzie tak źle. Tylko, że ja nie chcę, żeby ze strachu musiała ukrywać swoją tożsamość. Nie chcę, żeby się zastanawiała, czy tym razem może powiedzieć, że w połowie jest Marokanką. Ja się zastanawiam za każdym razem, gdy z kimś schodzi na temat mojego męża. Nie mówię już u fryzjerki, czy w sklepie, że mój mąż jest cudzoziemcem. Mogę powtarzać, że mnie to nie obchodzi, ale nie jest wcale przyjemnie, gdy ktoś Cię atakuje współczującym spojrzeniem albo “prawdami” islamu. Nie jest przyjemnie, gdy wchodzisz do pomieszczenia, a ludzie milkną, bo właśnie trwała dyskusja o uchodźcach, których nie chcemy. Nie ważne, że Twój mąż żadnym uchodźcą nie jest. Mogłabym mnożyć tych przykładów, ale wolę to już zostawić za sobą.

Dlaczego wyjechaliśmy właśnie teraz?

Prawda jest taka, że wiedzieliśmy, że wyjedziemy już dawno. A może inaczej, chcieliśmy wyjechać, ale nie mieliśmy pewności, czy to zrealizujemy. Kiedy pierwszy wyraźny obraz emigracji pojawił się na horyzoncie, byłam już za półmetkiem ciąży, to nie był najlepszy czas. Potem ciągle I. była mała, a całe zamieszanie życia z cudzoziemcem spoza UE wymaga, żebym to ja pierwsza poszła do pracy. Być może ten moment odwlekałby się w nieskończoność, bo przecież dziecko zawsze zbyt małe, a oszczędności nigdy nie wystarczające, gdyby nie ostatni piątek marca. Kończył się właśnie pierwszy miesiąc mojego powrotu po macierzyńskim, gdy spadła na mnie wiadomość, że oto zostaję ostatnim pracownikiem na pokładzie i nie wiadomo, jak długo jeszcze przetrwamy. Mogłam wpaść w panikę (jak tradycyjnie miałabym to w zwyczaju), ale zamiast tego zadzwoniłam do Y., powiedziałam, że to znak od losu i… wyjeżdżamy. Potem skrupulatnie sprawdziliśmy wszystkie konta i zaskórniaki, przekalkulowaliśmy, ile kasy nam potrzeba i ile możemy zaoszczędzić. Daliśmy sobie trzy miesiące. Chyba żadne z nas tak do końca nie było pewne, że to się uda. Nie powiedzieliśmy nikomu, bo to miała być w 100% nasza i wyłącznie nasza decyzja. Na koniec maja złożyliśmy wypowiedzenia i machina ruszyła nieodwracalnie. I oto jesteśmy.

Dlaczego wybraliśmy Oslo?

To chyba najtrudniejsze pytanie, na jakie przychodzi mi odpowiadać. Bo na to nie mam listy argumentów, ani gruntownej analizy. Owszem, jest kilka elementów, które musiały zostać odhaczone. Zależało nam na kraju, gdzie będziemy mogli swobodnie porozumiewać się po angielsku, gdzie warunki życia, zatrudnienia, itp. są przyzwoite, gdzie proces legalizacji pobytu (i możliwości podjęcia pracy) przez Y. będzie przejrzysty i w miarę krótki. Zrobiliśmy listę krajów, a potem… Potem to już zaufaliśmy intuicji. Żadne z nas wcześniej tu nie było, więc to było szalone. Ale tak jakoś poczuliśmy i bach! Jesteśmy!

Póki co czujemy, że jest tu wszystko, czego szukaliśmy. Dajemy sobie prawo do zmiany zdania za jakiś czas. Pierwsze wrażenie bywa w końcu czasem mylne. Ale jesteśmy, próbujemy, dajemy sobie szansę.

Ps. A jeśli jesteście ciekawi naszych pierwszych wrażeń z Oslo, jak zaaklimatyzowała się mała I. i co się stało, gdy niechcący uruchomiłam alarm przeciwpożarowy, koniecznie subskrybujcie nasz kanał na YouTube. Już wkrótce nowy vlog!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *