Pani Córka

Czy dziecko to też człowiek?

Sytuacja nr 1.

Stoimy w kolejce do kasy w osiedlowym dyskoncie, takim na A. My, czyli ja i Mała Kluska w wózku. Dziecko moje w swoim porannym nastroju pełnym powagi patrzy przed siebie. Czasem tak miewa, jako i ja i ojciec jej również. Nagle kątem oka widzę, że czyjaś ręka znajduje się w wózku i zaraz za nią kolejna, mniejsza. “Ale nie ma Pani nic przeciwko, żeby dotknąć dzidziusia?” Burczę coś cicho pod nosem, bo nastrój to mam w sumie jako i moja córka. “Ale co ten dzidziuś nic się nie śmieje, jak ja go tak za nóżkę?”

 

Sytuacja nr 2.

Niedzielny poranek. Kraków. Córka moja, generalnie zaprzeczenie historii o dzieciach wstających o świcie, tym razem postanawia postąpić inaczej. Zrywa się po 6 i jak już dłużej nie jestem w stanie udawać, że nadal śpię, postanawiam zabrać ją na spacer, co by inni uczestnicy wycieczki nie musieli w tych porannych zabawach uczestniczyć. Jest 7:30, a ja bardzo potrzebuję kawy. Łazimy i łazimy, aż w końcu jest. Miejsce dla takich ludzi jak ja, co o świcie w niedzielę potrzebuję kofeiny dożylnie. I już trzymam w dłoni parujący kubek. Muszę tylko przykryć go pokrywką, aby zaraz nie być cała w tej kawie. Odchodzę na bok, wózek dwa mini kroki ode mnie. Wchodzi do sklepu jegomość, normalny całkiem, bez oznak spożycia. I on do tego mojego bobasa w wózku robi głośne “Buuuu”.

 

29791360_10214435511513682_8428680040576712704_n

 

Niczego tak w życiu nie żałuję jak tego, że nie jestem mistrzem EKSPRESOWEJ ciętej riposty. Bo riposty, to ja i miewam, ale powoli i bez pośpiechu. I wkurzam się, że ja się staram zawsze łagodnie i miło, co by nikogo nie urazić. A przecież mogłabym tą panią ze sklepu też potarmosić za nogę i sprawdzić, czy się zaśmieje. I mogłabym temu panu strzelić z pięści między oczy, bo mnie to buuu tak przestraszyło, że sama nie wiem, co robię. No mogłabym. I powinnam. Bo inaczej to chyba jednak nie dociera. Tak, dziecko to też człowiek. Nawet jeśli ma tylko kilka miesięcy, nałogowo się ślini i zamiast mówić piszczy. Tak, to człowiek, a nie miś, który wydaje odgłosy, kiedy naciśnie mu się łapkę, ani nie lala z wbudowanym sensorem dotyku.

Ja nie mam nic przeciwko, jeśli ktoś moje dziecko zagaduje, czy jeśli nawiązuje kontakt wzrokowy. Nie denerwuje się, jeśli sąsiadka zza ściany, którą widujemy kilka razy w tygodniu, ją pogilgocze. Albo gdy pani z osiedlowego sklepu porobi głupie miny. Ale szanuję też bardzo, gdy ktoś nie napiera i nie wisi nad wózkiem, kiedy młoda nie wykazuje zainteresowania. Zazwyczaj na uśmiech odpowie uśmiechem, choć często nie od razu. Bo to raczej zdrowy odruch, żeby nie spoufalać się z obcymi. Ale to dotykanie, to wchodzenie w strefę intymną (bo jak inaczej nazwać, gdy ktoś wkłada mi prawie rękę pod kurtkę, żeby to moje dziecko przytulone do mnie w nosidle, posmyrać?). No trafia mnie szlag. I nie, nie boję się bakterii i innych takich (choć może powinnam).  I znak to jest, że nie mogłabym mieszkać w Maroku, bo tam to dopiero wszyscy mają kuku na muniu na punkcie dzieci. Bliżsi i dalsi znajomi, a i nieznajomi zaczepiają, głaskają i zacałowują. No nie wiem, może to ja jestem dziwna? Może to się nie da jednak powstrzymać, jak się widzi takiego małego słodziaka? Dajcie znak, co?

DSCN1200

Ps. żeby nie przegapić żadnych wpisów, śledźcie nas na facebooku, a więcej nas znajdziecie na instagramie The Barhounes i mrs_barhoun

No Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *