Związek (z)mieszany

Cudzoziemka w raju urzędników

Już mi niosą suknię z welonem i ślubuję Ci miłość, wierność… I hop, po ślubie. Myślicie, że w Maroku to takie łatwe? Oj nie, nie. A przynajmniej nie, jeśli bierzecie ślub z cudzoziemką. Ciekawi, co musieliśmy zrobić, żeby zostać The Barhounes?

TONY MAKULATURY

Otóż, drodzy Państwo, wszystko zaczyna się w zimowej Polsce. Robię rundkę po urzędach i innych instytucjach. I owszem, są dokumenty najzwyczajniejsze, których i do ślubu w Polsce potrzeba. A to akt urodzenia, zaświadczenie o stanie cywilnym, zaświadczenie o możliwości zawarcia ślubu za granicą (to może do ślubu w Polsce nie, ale łatwe i zwyczajne, do wszystkich innych krajów też potrzebne), ale to nie koniec. Przyda się też zaświadczenie z kościoła (choć ślubu kościelnego, ani w ogóle religijnego żadnego nie planujemy), od pracodawcy i zaświadczenie o niekaralności (czyżby za drobne przewinienia nie można było się hajtnąć?). Teraz już tylko wszystko przetłumaczyć. A znalezienie przysięgłego tłumacza arabskiego to nie jest najłatwiejsze zadanie. Trzy maile i dwa telefony później jest! (Ps. Chętnie polecę, gdyby ktoś potrzebował)

Kilkanaście stron przetłumaczonych, więc jedziemy… Ale jeszcze nie do Maroka, a do Warszawy. Odstać swoje w kolejce do MSZ, ciach ciach pieczątki (za drobną opłatą, oczywiście). Potem tup tup do Ambasady Maroka i znów piecząteczki za drobną opłatą. I już, można jechać brać ślub 🙂

(Ps. Kiedy my braliśmy ślub trzeba było legalizować dokumenty podwójnie – w MSZ i marokańskiej ambasadzie. Dziś to prostsze, szybsze i nieco tańsze. W MSZ dostajecie apostile i po sprawie)

IMG_8886

(a to jedno z naszych pierwszych wspólnych zdjęć <3)

 

OD BIURKA DO BIURKA

Czy ja tam wyżej napisałam “i już, można brać ślub”? Otóż, żartowałam. Teraz to się dopiero zaczyna. Analogiczne dokumenty Y. załatwił dla siebie. Teraz wyprawa do Rabatu, co by i stamtąd mieć zaświadczenie, że w niczym nie zawiniłam. I znów wyprawa do urzędu, w którym za drobną opłatą przybiją nam pieczątki, że wszystkie papiery (a w zasadzie poprzednie pieczątki) są legalne. Uff.

Wracamy do miejscowości, gdzie będziemy brać ślub. Najpierw policja. Pokazujemy dowód Y., mój paszport. Odpowiadamy na krótkie pytanie gdzie pracujemy i jedziemy dalej. Teraz lekarz. Tak tak, potrzebujemy i takie zaświadczenie, że wszystko z nami ok. A to lekarz sprawdzi szczegółowo. Żartowałam. Padnie pytanie, czy wszystko z nami ok i już, za drobną opłatą mamy kolejne zaświadczenie. Teraz sąd rodzinny, ostatecznie to tu zaważą się nasze losy. Przedstawiamy tu całą naszą stertę makulatury, póki co jest całkiem śmiesznie. Przyznaję się, że korzystamy tu ze znajomości, co trochę przyspiesza sprawę. Teraz przesłuchanie. Najpierw Y. odpowiada na pytania, potem ja. Drobny problem jest taki, że nikt za bardzo nie mówi po angielsku, więc ostatecznie Y. pomaga w tłumaczeniu. Musimy opowiedzieć jak się poznaliśmy, ile razy się widzieliśmy, jakie mamy plany na przyszłość. Idzie to  miarę łatwo. Teraz nasza gruba teczka trafia do sędziego. Siedzimy pod jego drzwiami i przebieramy nogami. Mija godzina, dwie. (Nie, nie, to wszystko nie dzieje się jednego dnia. Sąd rodzinny był w drugim lub trzecim dniu, wszystko załatwiliśmy ekspresowo jak na Maroko, w tydzień).

W końcu sędzia jednak do nas wychodzi i mówi, że brakuje nam dokumentu z kościoła. No przecież wiem, ze tam był. Ale może gdzieś wypadł? Przekopuję razem z sędzią teczkę, z której co chwila coś wypada na podłogę. Ale jest, znalazł się. Stempel i możemy iść dalej. Bynajmniej nie na ślubny kobierzec.

DSCF3297

(przy okazji wizyty w Rabacie po papierki, zrobiliśmy sobie mini wycieczkę)

SKOCZ MI PO PAPIEROSY I ZJEDZMY RAZEM ŚNIADANIE

Z naszym drogocennym stemplem z sądu idziemy znów na policję. Tym razem zabawimy tam dłużej. Najpierw będą prowadzić nas z pokoju do pokoju. Na koniec wylądujemy w pokoju z dwoma biurkami, jednym komputerem i jednym groźnym policjantem. Być może poszłoby nam szybciej, gdyby znów nikt nie znał angielskiego. Ten policjant znał i bardzo chciał poćwiczyć w praktyce. Spędzamy tam 7 godzin na bardzo niewygodnych krzesłach. Odpowiadamy na dziesiątki pytań, dla pewności, czy mówimy prawdę pytania powracają jak bumerang. Mina policjanta przyprawia mnie o dreszcze. W międzyczasie piszemy jeszcze wypracowania o sobie. Tak się właśnie czułam, gdy to pisałam, bo dostałam ogólny temat i trzeba było produkować zdania (czyli po coś jednak przydała się ta rozszerzona matura z polskiego ;)). Po 7 godzinach, wciąż nie wiedząc, czy przeszliśmy  to przesłuchanie pozytywnie, czy też nie, możemy wyjść. A nie, poczekajcie. Jesteście samochodem? To podrzućcie mnie do sklepu po papierosy. I tak też zrobiliśmy.

Na posterunek policji wracamy następnego dnia rano. Niby dokumenty mają już na nas czekać, ale znów robimy rundkę od biurka do biurka i od drzwi do drzwi. Na koniec trafiamy do tego samego pokoju co poprzedniego dnia. Szepczę do Y., że jeśli usłyszę choć jeszcze jedno pytanie, to zaraz oszaleję. Ale nie. Nasze dokumenty są już PRAWIE gotowe. “Po drugiej stronie ulicy jest kawiarnia, tam na mnie poczekajcie”. Siedzimy, czekamy, nic się nie dzieje. Ale jest, nadchodzi. Ogarnia mnie fala radości, że za moment zakończymy tę znajomość. Przedwcześnie…

Policjant wręcza Y. teczkę i każe iść skserować wszystko do punktu ksero. Tak, na policji  nie posiadają urządzenia do kserowania. Cóż…

W tym czasie policjant zamawia obfite śniadanie  i chętnie znów poćwiczy swój angielski. Na szczęście ma to już bardziej formę rozmowy, niż przesłuchania. Już widzę jak wraca Y., już się żegnamy, ale jeszcze drobna prośba, czy nie podrzucilibyśmy mu paczki papierosów do  biura zanim odjedziemy. Jakoś nas to nie zdziwiło.

Zawozimy naszą cenną teczkę znów do sądu rodzinnego. Odbieramy ją kolejnego dnia, tym razem z decyzją, że możemy wziąć ślub.

Ufff… zmęczyliście się tą opowieścią tak samo jak ja? To opowieść, jak wyglądał nasz ślub w Maroku zostawię na kolejny raz 🙂

DSCN3956

Ps. żeby nie przegapić żadnych wpisów, śledźcie nas na facebooku, a więcej nas znajdziecie na instagramie The Barhounes i mrs_barhoun

6 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *