Związek (z)mieszany

4 refleksje po świętach w multikulturowym domu

Czy w Maroku obchodzi się święta Bożego Narodzenia? – zapytała mnie ostatnio sąsiadka. No, nie. Ale pomyślałam, że może Wam też krąży po głowie takie pytanie. Prawda jest taka, że o ile Nowego Roku, tudzież Sylwestra też raczej nie obchodzą, to datę kojarzą (no dobra, jest dość łatwa), o tyle kiedy są święta nikt nie wie. Nikt też za bardzo nie wie, o co w tych świętach chodzi. Kojarzą oczywiście choinkę i świętego Mikołaja, ale co to i po co, to już nie za bardzo. Trudno im się dziwić, według oficjalnych statystyk 98% mieszkańców Maroka to muzułmanie. W Polsce (oficjalnie 87% katolików) też niewiele wiemy, o co chodzi w muzułmańskich świętach.

W naszym domu wszystko się miksuje. I o ile na co dzień aż tak nie czujemy tych pomieszanych kultur, o tyle przy obchodzeniu różnych świąt i tradycji różnice widać. Wszystko jest nowe i czasem zaskakujące. Mogłabym Wam napisać o zeszłorocznym Bożym Narodzeniu, w którym po raz pierwszy uczestniczył Y. Prawda jest jednak taka, że te święta wyglądały tak samo jak wszystkie poprzednie, tylko przy stole była jeszcze jedna osoba. I ja, w 9 miesiącu ciąży, ledwo sięgałam do stołu 😉 W tym roku jest inaczej. Wszystko się tak poukładało, że święta w tym roku obchodzimy w podgrupach. Jest też mała I. i przychodzą różne refleksje.

Najważniejsi są ludzie

Okej, od razu przyznam, że ta refleksja nie ma w zasadzie nic wspólnego z multikulturowością naszego domu (kolejne już będą miały, obiecuję). Ale jest dla mnie mocną i najważniejszą refleksją tegorocznych świąt. Od lat powtarzaliśmy sobie w mojej rodzinie, że w sumie nie byłoby problemu, gdybyśmy któregoś roku nie spędzili świąt razem. Gdyby ktoś zamiast ubierać choinkę, pojechał na wakacje pod palmami, a ktoś inny po prostu zaległ z książką pod kocem. Ba, trochę właśnie marzyliśmy o takich świętach, gdzie w końcu nic nie trzeba. Nie trzeba tych dwunastu dań i trzech ciast. Nie trzeba odprasowanych w kant ubrań i pewnej jednak napinki, mimo że wśród najbliższych. Wiecie jak to mówią, uważaj o czym marzysz, bo może się spełnić. Spełniło się. Święta w podgrupach. I mimo że dobrze mi bardzo z tą moją mikrorodzinką, to brakowało mi tego pośpiechu. Zapachu kapusty i pokrzykiwania, że znowu ktoś coś. Brakowało podśpiewywania pod nosem i sekretnego pakowania prezentów. Gwaru brakowało. I choć nikt nie powiedział tego na głos, gdy życzyliśmy sobie przez telefon, bo głos grzęznął w gardle, to ludzi brakowało.

Ze świąt, kiedy byłam dzieckiem, najbardziej pamiętam gwar. Nie prezenty, jedzenie, czy kolędy. Pamiętam to, że schodziliśmy się tego dnia do dziadków i było głośno. W ciasnym pokoju złączone dwa stoły. Kto wylądował po stronie z wersalką miał już problem na resztę wieczoru, żeby wyjść. Zamysł był taki, żeby każde danie serwowane było na jednym talerzu i wszyscy solidarnie łyżki do tego talerza. To zwyczaj jeszcze z domu rodzinnego dziadka. Ostatnia taka wspólna wigilia, miałam 8 albo 9 lat, zamysł się nie udał. Było nas za dużo. Siedemnaście osób przy jednym stole. W kolejnym roku były już święta w podgrupach (pokolenie wyżej niż nasze podgrupy), babcia przyszła do nas, ale już nie było tego gwaru i śmiechu przy stole. Wtedy też ludzi brakowało

Banał, wiem. I przecież to wiadome. Ludzie są najważniejsi. I najważniejsze jest to, że ta nasza rozłąka jest teraz chwilowa, bo przecież możemy wsiąść w pociąg, czy samochód i spotkać się za miesiąc. Ale jest jakieś ukłucie w sercu, żeby nie przegapić tych szans, tych okazji.

W święta każdy ma swoją rolę

Poza najzwyklejszą tęsknotą, to brakowało nam tego wejścia w swoje role. Mi, żebym przez chwilę mogła być dziewczyną, która wykonuje polecenia i jest tylko częścią większego planu. Mojej mamie, bycia prowodyrką domowego rozgardiaszu. Nikt nie ugotował 12 potraw, bo żadna podgrupa, by tyle nie przejadła. Pewnie i kolędy wybrzmiewały ciszej. U nas tylko w tle, bo z polskich piosenek Y. zna tylko “Sto lat”, a I. śpiewa wyłącznie w sobie znanym języku.

Liczyły się w te święta małe gesty. Telefon do mamy z prośbą o podpowiedzi kulinarne, których wcale nie potrzebowałam. Ale czułam, że ona tego telefonu potrzebuje. Odwiedziny u sąsiadki, naszej ulubionej starszej pani, która ma swoją bardzo niewielką rodzinę i duży bagaż w sercu. A dla mnie najważniejsze były te przytulasy z małą dziewczynką. A to wcale łatwe nie jest, bo od przytulania ona już teraz zdecydowanie woli wspinaczki po ludziach.

Tradycje jednak są dla mnie ważne

Różne etapy miałam z tym obchodzeniem świąt. Były takie, że w każdym kącie była jakaś dekoracja, miesiąc przed słuchałam świątecznych hitów i piekłam kilka rodzajów ciasteczek. Były też takie, które przechodziły bez większego echa. Pracowałam w wigilię, coś tam pomogłam, ale niewiele, a w domu stała jedna smutna dekoracja. Były lata, kiedy myślałam, że po co to wszystko i bez sensu i tylko konsumpcja, stres, wydawanie kasy, a wszystko to burzy radość i spokój. I nie mówię, że za jakiś czas nie zmienię zdania, ale tradycje są jednak dla mnie ważne. Dzisiaj wiem, że nie potrafiłabym nie usiąść 24 grudnia do ładnie nakrytego stołu i zjeść choć jednej tradycyjnej potrawy. Wiem, że nie chciałabym, żeby Y. rezygnował ze swoich tradycji i celebrowania swoich świąt. To nam daje jakieś poczucie, ze obie nasze kultury są równie ważne. Że szanujemy te tradycje, dzięki którym jesteśmy jacy jesteśmy. I że chcemy się tym dzielić. Ze sobą nawzajem. I z naszą córką. Że te tradycje wyniesione z dwóch rożnych światów ukształtują ją. Może zupełnie różne, może nawet ze sobą niespójne, ale wszystkie będące składową naszego domu.

Zostajesz z tym sam(a)

Gdybym wyszła za mąż za Polaka (albo chociaż kogoś, kto też obchodzi święta), święta co roku obchodzilibyśmy tak samo. Szukalibyśmy kompromisów wśród katalogów tradycji wyniesionych z domów. Może kłócilibyśmy się, czy prezenty powinien przynosić Mikołaj, Gwiazdor, czy aniołki. Może ciągnęlibyśmy losy, u których rodziców w tym roku wigilia. A nam to wszystko odpada. Nie ma się o co kłócić, czy licytować. My mamy dwa razy więcej okazji do świętowania. Ale każdy jest odpowiedzialny za swoje. Pytam Y. co chciałby zjeść na wigilii. Wzrusza ramionami. Przecież na wigilii był raz, rok temu. Jemu nie robi różnicy, czy będzie karp, czy pizza (byle nic z kapustą, tu akurat dobrze zna swoje preferencje ;)).

Każdy jest odpowiedzialny za swój “teren”, za swoje święta i tradycje. Możemy brać aktywny udział w świętowaniu przez drugą stronę. Y. może kroić warzywa na sałatkę jarzynową, a ja robić szaszłyki z baraniny na jego największe święta. Ale nie trąci mnie łokciem, gdy zapomnę o jakimś szczególe. Nie podpowie, co jadało się u niego w dzieciństwie na wigilii. To ja jestem odpowiedzialna za to, co I. będzie wiedzieć o polskiej kulturze. Y za to, co będzie wiedziała o marokańskiej. Czy to lepiej? Gorzej? Chyba po prostu inaczej.

Nachodzą mnie refleksje

W takie dni, jak te szczególnie, w mojej głowie kłębią się myśli. Myśli o tym, nad czym przechodzi się do porządku dziennego. Przemycałam już tę myśl gdzieś między wierszami powyżej. Napiszę ją raz jeszcze – w domu międzykulturowym (szczególnie takim z dziećmi) więcej się rozmyśla, co w tradycji jest najważniejszego, z czego nie chcemy rezygnować i jak to wszystko razem złożyć w całość. Czasami odpowiadamy na pytania o sens pewnych rzeczy, o które nam pytać nigdy nie przyszłoby do głowy. Czasami na nowo zachwycamy się czymś, co od lat było dla nas zwykłe i prozaiczne. Czasami jest łatwiej, czasami jest trudniej. Na pewno jest ciekawie.

Ps. żeby nie przegapić żadnych wpisów, śledźcie nas na facebooku, a więcej nas znajdziecie na instagramie The Barhounes i mrs_barhoun

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *